Wielki marsz

Opis

Ameryka niedalekiej przyszłości. Jednym z najpopularniejszych wydarzeń medialnych jest transmisja dorocznego Wielkiego Marszu, w którym udział bierze pięćdziesięciu starannie wyselekcjonowanych nastolatków. Zasada jest prosta: kto zostaje w tyle, ten ginie. Marsz kończy się dopiero wtedy, gdy przy życiu pozostanie jeden uczestnik. Tu nie ma miejsca na sentymenty, przyjaźnie i wzajemną lojalność. Takie jest w każdym razie założenie organizatorów. Ale podczas morderczej drogi, każdy z zawodników ujawnia swoje prawdziwe oblicze, a rywalizacja przybiera nieoczekiwany obrót.

 

Twórcy:

  • Reżyseria – Francis Lawrence
  • Scenariusz – JT Mollner

Występują:

  • Raymond Garraty – Cooper Hoffman
  • Stebbins – Garrett Wareing
  • Gary Barkovitch – Charlie Plummer
  • Major – Mark Hamill
  • Pani Garraty – Judy Greer

 

Info:

  • Tytuł oryginalny: The Long Walk
  • Data premiery: 2025
  • Długość: 108 min
  • Format: film kinowy

Galeria zdjęć:

Recenzja

Nie sądziłem, że do ekranizacji książki „Wielki marsz” kiedykolwiek dojdzie. Nie sądziłem, że film z taką fabułą może być atrakcyjny zarówno dla filmowców jak i dla widzów. Czasami coś co dobrze czyta się na kartach powieści, może być zupełnie nieprzekładalne na język filmowy. Chociaż z drugiej strony kilka lat temu Mike Flanagan pokazał w „Grze Geralda”, że można i to z sukcesem przenieść na ekran opowieść, w której nie dzieje się wiele więcej niż to, że kobieta leży na łóżku. Mimo wszystko czekałem na ten film pełen obaw, że zaraz po premierze zostanie on doszczętnie skrytykowany za nudną fabułę, za dłużyzny, za brak napięcia i emocji. Ok, fabuła książki „Wielki marsz” ma elementy, które absolutnie dostarczają emocji, eliminacja kolejnych „zawodników” rzeczywiście może być atrakcyjna ale jednak gros fabuły to gawędzący sobie chłopcy podczas spaceru. Do kina poszedłem nie bardzo wiedząc czego się spodziewać, ale na szczęście moje obawy okazały się niesłuszne. Tak jak można zrobić film o leżącej kobiecie, tak można i o idącej grupie nastolatków.

W przeciwieństwie do powieści, w filmie mamy pięćdziesięciu a nie stu chłopaków, którzy biorą udział w marszu. Mimo to nie wszystkie znaczące postacie z książki trafiły do filmu. Jest tutaj bardziej kameralnie i nie jestem przekonany, czy to dobra decyzja. Jasne, większość osób to i tak tło bez nazwisk i dialogów więc może większej różnicy nie ma. Przeszkadza mi jednak inna, podobna zmiana. W filmie niemal całkowicie wyeliminowano widzów obserwujących Wielki marsz i kibicujących chłopakom. Przez niemal cały film grupa idzie wśród pustkowi, poza nimi widzimy w tle jedynie kilku żołnierzy i to wszystko. Bardzo brakowało mi tego elementu z książki, dziwi mnie to o tyle, że spodziewałbym się, że przy tak szczątkowej akcji, reżyser będzie łapał się każdego urozmaicenia na ekranie, tymczasem on z tego zrezygnował.

To co jednak najważniejsze w fabule zasługuje już tylko na pochwały. Po pierwsze bohaterowie. Do filmu nie zaangażowano znanych nazwisk, aktorów z większym dorobkiem filmowym. Wszyscy jednak świetnie sprawdzili się w swoich rolach, z częścią można sympatyzować, na innych można się wkurzać, kolejnym dopingować. Dwójka głównych bohaterów to Ray Garraty i Peter McVries, z biegiem filmu można przywiązywać się do nich coraz bardziej, czuć od nich rodzącą się między nimi sympatię i faktycznie widz ma komu kibicować. Ich budowana cały film relacja to znakomity podkład po emocjonujący finał.

Bardzo podobała mi się też realizacja „czerwonych kartek”, czyli eliminacji kolejnych uczestników. Reżyser nie bał się pokazać tu brutalności, którą opisał Stephen King. Pierwszy wyeliminowany robi potężne wrażenie, zarówno na uczestnikach marszu ale też i na widzu. Byłem mocno zaskoczony, że śmierć pokazano tu tak dobitnie. Kolejne odejścia pokazane są już różnie, jedne tylko w tle, inne są nadal na pierwszym planie ale każde mocno uderza widza w brzuch. Kolejny ogromny plus filmu.

Finał tej ekranizacji to majstersztyk. Przede wszystkim jest bardzo zaskakujący. To dla mnie wielka zaleta, że znając pierwowzór idę do kina a twórca zaskakuje mnie rozwiązaniami fabularnymi. A tutaj pozostawił mnie z otwartą szeroko szczęką. Po pierwsze, bo finał był zupełnie inny niż się spodziewałem, po drugie, bo wywołał we mnie ogromne emocje. Znakomite ostatnie sceny!

„Wielki marsz” zaskoczył mnie przede wszystkim tym, że podczas seansu niejednokrotnie byłem bardzo mocno wzruszony i smutny. To zasługa i scenarzysty, i reżysera i aktorów. To ostatnia rzecz, której spodziewałem się po tym filmie. A przecież nie ma nic ważniejszego co może dać dzieło kultury – emocje. Także filmu nie mogę ocenić inaczej niż bardzo pozytywnie.

Autor: nocny 

 

„Wielki marsz” to jedna z najbardziej surowych i bezkompromisowych adaptacji prozy Stephena Kinga. Film nie próbuje uwodzić widza efektami czy dynamiczną akcją – zamiast tego stawia na prostotę konceptu i konsekwentne budowanie emocjonalnego ciężaru, który z każdą minutą coraz bardziej przytłacza. Film działa przede wszystkim jako doświadczenie emocjonalne i psychologiczne, a nie klasyczne kino akcji czy horroru.
Punkt wyjścia jest bardzo prosty: grupa młodych chłopaków bierze udział w marszu, z którego tylko jeden może wyjść żywy. Każde zwolnienie tempa oznacza śmierć. Ta redukcja fabuły do absolutnego minimum jest największą siłą historii. Dzięki niej cała uwaga widza skupia się nie na „co się wydarzy”, ale na „jak długo jeszcze bohaterowie wytrzymają”. Napięcie nie wynika więc z zaskoczeń, ale z nieuniknioności losu. „Idziemy” głównie razem z dwoma bohaterami – Rayem Garratym i Peterem McVriesem.

Film wyróżnia sposób przedstawienia przemocy. Nie jest ona widowiskowa ani efekciarska – przeciwnie, ma charakter niemal mechaniczny i powtarzalny. Pierwsza śmierć szokuje, ale kolejne zgony nie są kulminacjami, lecz częścią rytmu marszu, czasami dzieją się w tle. Ten zabieg działa niezwykle sugestywnie, bo zamiast szokować, zaczyna przytłaczać. Można odczuwać monotonię i wyczerpanie podobne do tego, które towarzyszy bohaterom, ale wcale to nie sprawia, że się do tej śmierci przyzwyczajamy.

Istotną rolę odgrywa także tło świata przedstawionego. Tak jak w książce, film nie tłumaczy dokładnie, dlaczego taki system istnieje ani jakie są jego polityczne podstawy. Zamiast tego pozostawia widza z poczuciem niejasności i niepokoju. To celowe niedopowiedzenie sprawia, że historia nabiera uniwersalnego charakteru.
Na uwagę zasługuje również gra aktorska. Młodzi bohaterowie, zwłaszcza Ray Garraty i Peter McVries, są przedstawieni bardzo naturalnie – to zwykli ludzie, a nie filmowi herosi. Ich rozmowy, często banalne czy pozornie nieistotne, budują autentyczność i kontrastują z dramatyzmem sytuacji. Dzięki temu łatwo można się z nimi identyfikować, co dodatkowo potęguje emocjonalny wydźwięk filmu. Pomimo nieuchronności śmierci, przyjemnie się obserwuje, jak między tą dwójką nawiązuje się przyjaźń i głębsze przywiązanie.
Monotonne tempo, będące świadomym zabiegiem twórców, może dla części odbiorców okazać się nużące. Film momentami sprawia wrażenie przeciągniętego i wymagającego cierpliwości. Jednocześnie trudno uznać to za jednoznaczną słabość – to raczej element doświadczenia, który ma oddać fizyczne i psychiczne wyczerpanie bohaterów.

Pod względem wierności wobec pierwowzoru „Wielki marsz” wypada bardzo dobrze. Zachowuje klimat książki – jej pesymizm, brutalność i skupienie na psychologii postaci. Nie próbuje „uatrakcyjnić” historii na siłę ani dopasować jej do masowego widza, co można uznać za dużą zaletę tej adaptacji. Są oczywiście wprowadzone zmiany fabularne, jak chociażby zmiana liczby uczestników, czy zmiksowanie niektórych postaci w jedną, ale w filmie to działa. W filmie też wycięto widzów na trasie marszu. Pomijając pojedynczych obserwatorów po drodze, do końca filmu nie ma tłumów obserwujących marsz. O ile w książce ten element mi się podobał, o tyle uważam, że wycięcie go działa na korzyść filmu. Nie mamy rozpraszaczy od tego, co się dzieje z bohaterami i pomiędzy nimi.

Ostatecznie „Wielki marsz” to film wymagający, ale jednocześnie niezwykle konsekwentny i przejmujący. Nie oferuje łatwej rozrywki ani prostych emocji – zamiast tego zostawia widza z poczuciem niepokoju i refleksją nad granicami ludzkiej wytrzymałości.
„Wielki marsz” to surowe, ciężkie w odbiorze, ale bardzo wartościowe kino, które najlepiej docenią widzowie szukający czegoś więcej niż standardowej historii o przetrwaniu. Zdecydowanie jeden z lepszym filmów na podstawie historii Stephena Kinga.

Autorka: murarz