Wycieczka do Bangor

Jakub Ćwiek – polski autor fantastyki; pisarz, animator kultury, konferansjer, dziennikarz, felietonista, scenarzysta, miłośnik i znawca popkultury. Studiował kulturoznawstwo i scenariopisarstwo na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach.
Debiutował w 2005 roku zbiorem opowiadań ‚Kłamca’, opowiadających o przygodach nordyckiego boga, Lokiego, pracującego dla znanych z wierzeń chrześcijańskich aniołów. ‚Kłamca’ doczekał się jeszcze czterech tomów. W 2007 wydał powieść z pogranicza kryminału i horroru ‚Liżąc ostrze’, rok później horror ‚Ciemność płonie’. W 2009 roku ukazały się dwie kolejne pozycje autorstwa Ćwieka. Pierwszą z nich był zbiór niepowiązanych ze sobą opowiadań zatytułowany ‚Gotuj z papieżem’. Pozycja ta, mimo braku antypapieskiego wydźwięku, wzbudziła liczne kontrowersje; autorowi zarzucano brak szacunku wobec pamięci o Janie Pawle II. Drugą książką jest powieść ‚Ofensywa szulerów’, która doczekać się ma kontynuacji. Następna historia, ‚Krzyż Południa. Rozdroża’, w której Ćwiek połączył ze sobą wątki wojny secesyjnej, voodoo oraz steampunk także zaplanowana jest na więcej niż jeden tom. W roku 2012 na świat przyszli ‚Chłopcy’ a już rok później druga część, ‚Chłopcy 2: Bangarang’. Autor uwielbia powracać do swoich bohaterów bo książka ‚Dreszcz’ z 2013 w roku kolejnym także doczekała się kontynuacji – ‚Dreszcz 2: Facet w czerni’.
Jakub Ćwiek jest laureatem nagrody im. Janusza A. Zajdla. Jest aktywnym działaczem fandomu. Często odwiedza konwenty fantastyczne, na których oprócz uczestniczenia w spotkaniach z fanami wygłasza liczne prelekcje, prowadzi LARP-y organizuje konkursy oraz warsztaty. Należy do Smoków Fandomu wyróżnienie to spotyka osoby, które działają aktywnie w środowisku od co najmniej dziesięciu lat. Prowadził też warsztaty literackie.
Strona Kuby: JakubCwiek.pl

cwiek

Poniższy tekst, będący wspomnieniem wizyty w stanie Maine oraz w samym mieście zamieszkania Stephena Kinga Bangor, napisany został dla serwisu StephenKing.pl .

TO WRAŻENIE MOŻNA NAZWAĆ TYLKO PO FRANCUSKU

czyli trzy dni w Maine by Jakub Ćwiek
(photo by Agata Krajewska i Karolina Stefańska)

DROGA I DANNY’S

To wrażenie można nazwać tylko po francusku, że już od początku posłużę się kingowym nawiązaniem. Wrażenie, gdy trafiasz do miasta, gdzie co drugie miejsce wydaje się znajome, co drugi dom przywołuje wspomnienie, choć przecież nigdy tu nie byłeś. A przynajmniej nie fizycznie… To właśnie pierwsze i obok ekscytacji najmocniejsze uczucie, jakie towarzyszyło mi podczas podróży do Bangor w stanie Maine, pod dom mojego ulubionego pisarza. To był jeden z trzech ważnych punktów wycieczki, jaką zaplanowaliśmy wspólnie z moim tatą, gdy jeszcze był to tylko nasz wypad. Właściwie to zaplanowałem ja; chciałem, by mój ojciec potowarzyszył mi w mojej urlopowej wyprawie, chciałem by zobaczył Stany, ojczyznę tak wielu moich pasji. Chciałem pokazać mu te wszystkie, czasem zwyczajne miejsca, które – gdy spojrzeć na nie z perspektywy fana – nabierają niezwykłości. Rzeczywistość wzmocniona pasją, powiedziałem, zakładając, że może uda mi się coś z tego przekazać, a nawet jeśli nie, i tak będzie fajnie. A ojciec uwierzył i się zgodził.

Tak właśnie ustaliliśmy – lecimy do USA! Z trzech punktów na trasie dwa nie budziły wątpliwości: były oczywiste, bo pokazywały w jakiś sposób dwa spojrzenia na pop-Amerykę. Nowy Jork i Los Angeles. Stolica Świata i Fabryka Snów. Tego tłumaczyć czy komentować tacie nie musiałem. Trzeci punkt, czyli oddalone o około 400 mil od NY Bangor, już wymagało pewnego wprowadzenia.

W międzyczasie do wyprawy dołączyli najpierw moja siostra Jadzia ze swoim mężem Mańkiem, oraz kreska_ i Karolina. I całą tę grupkę podzieliłem sobie w myśli wedle wyjaśnienia, jakie chciałem im przedstawić w temacie wyjazdu do Maine. Bo były dwa, oba prawdziwe, z czego jedno niekoniecznie zrozumiałe dla wszystkich. Ale o tym jakby troszkę później…

Do Maine wyruszyliśmy w szóstkę, wynajętym vanem spod lotniska JFK. Start około trzynastej, pogoda niezła, drogi niespecjalnie zakorkowane, więc zaczęło się przyjemnie, mimo nieustannego wrażenia, że oto jesteśmy w kraju, gdzie – mówiąc Kingiem – świat poszedł naprzód. Wyobraźcie sobie to wrażenie – te wszystkie autostrady i budki na nich, u nas wciąż pachnące nowością, a tam stare, zniszczone, zużyte, jakby relikty poprzedniego świata. W okienkach nie maszyny a ludzie, którzy, choć zmęczeni uśmiechają się i życzą dobrej podróży. Co ciekawe, zwłaszcza – paradoksalnie, zważywszy na to, co mówi nam o tej dzielnicy popkultura i często prasowe doniesienia – na Bronksie. Pierwotnie postanowiliśmy, że pierwszego dnia przejedziemy nieco ponad połowę drogi i znajdziemy jakiś przydrożny motel, ale jechało się przyjemnie, sprawnie, więc ani się spostrzegliśmy, jak zrealizowaliśmy tę część planu. Akurat był to moment, gdy zorientowaliśmy się, że wystarczy odbić raptem trzydzieści mil w stronę oceanu i uda nam się zawitać w legendarnym Salem. Tym od wiedźm, nie od wampirów, ale i tak kto chce, nawiązanie znajdzie. Ja znalazłem…

W miasteczku znaleźliśmy się sporo po zmroku, wszystkie atrakcje były już niedostępne, ale udało nam się zobaczyć policyjny samochód z symbolem wiedźmy na drzwiach oraz odwiedzić słynne Szubieniczne Wzgórze, na którym teraz znajduje się sportowe boisko. Co zabawne, ale i na swój sposób straszne, miasteczko niemałe przecież, mimo piątku, wydawało się opustoszałe. Nikt nie snuł się ulicami, z barów nie wylewały się tłumy, nic nie huczało w środku. Nawet czynny dwadzieścia cztery godziny na dobę monopolowy jakoś tak świecił pustkami. Pomyślałem, że albo to naprawdę grzeczne, ciche miasto, albo

(Przyjdę po ciebie, gdy będziesz spał, nauczycielu.)

coś jest na rzeczy z tym Salem i zmrokiem. Niezależnie od tego, czy rację miał King czy historia… To właśnie wtedy, w Salem, gapiąc się w czerń, która rzekomo – zdawały się to potwierdzać odgłosy – była oceanem, doszliśmy do wniosku, że zmieniamy kierowcę i pilota (do tej pory tata i ja, teraz kreska_ i Karolina) i jedziemy jednak bez przystanku. Czy to zew przygody? Czy moje opowieści zaczęły działać? A może po prostu obudziła się w nas niechęć do „zmarnowania” kolejnego dnia na podróż? Trudno orzec. W każdym razie po zatankowaniu naszego dodge’a i wspomnianej zmianie ekipy na przednich siedzeniach ruszyliśmy przez noc i mgłę (no dobra, w zasadzie to była mgiełka i towarzyszyła nam tylko przez moment, ale chciałem, by było bardziej klimatycznie i kingowo) w stronę Bangor. Po drodze, zmęczony całym dniem – bo raczej nie pracą nawigatora – usnąłem.

Gdy się obudziłem, samochód stał, a przez okno wpadało do środka czerwono-żółte światło neonu. Wokoło panował jeszcze półmrok. Stanowczo nie była to noc, ale ten jakby krótki moment przed świtem, gdy wszystko powoli zmienia barwy z czerni w ołów, jakby ktoś robił odlew świata, a potem malował go na szybko i obdarzał życiem. Co jeszcze mocniej usprawiedliwia tę może zbyt poetycką metaforę to fakt, że miałem wrażenie, jakby moje powieki wciąż jeszcze były ze wspomnianego ołowiu, a w ustach czułem metaliczny posmak, bo przygryzłem sobie w nocy wargę. W końcu jednak zmusiłem się, by naprawdę otworzyć oczy i zobaczyłem zmierzającą w stronę samochodu Karolinę. Otworzyła drzwi, wpuściła do ciepłego wnętrza chłód Maine i powiedziała: „Chodźcie, to najlepsze miejsce na świecie”. No więc poszliśmy.

 

 

Owo najlepsze miejsce na świecie nazywało się ‚Danny’s’ i było restauracją z sieci jej podobnych rozmieszczonych po całych Stanach, ale po pierwsze wtedy jeszcze nie byliśmy tego aż tak pewni, a po drugie zupełnie nam to nie przeszkadzało. Wtoczyliśmy się do środka resztką naszej zaspanej bandy – zgarniając po drodze paczkę uśmiechów od całej ekipy i kij tam, że była szósta rano, a oni zmianę mieli od północy i zajęliśmy miejsce na kanapach obitych czerwoną nibyskórą. I tu, wierzcie lub nie, naprawdę zaczął się King, te fragmenty jego książek, gdy jeszcze nic się nie dzieje, gdy poznajemy miasteczko, a w nim zwyczajnych, ale w gruncie rzeczy sympatycznych ludzi, otwartych, rozmawiających chętnie i na każdy temat. Taka właśnie była Jessica, która obsługiwała nasz stolik, co chwila przychodząc, dolewając kawy i jak na filmach zwracając się do nas per „honey” czy „sweetheart”. Gdy zapytałem, gdzie w tej wyliczance podział się „sunshine”, to zaśmiała się tylko i przyprowadziła koleżankę, która właśnie to słowo miała napisane jako imię na małej srebrnej tabliczce nad kieszonką. Siedzieliśmy tam więc, pijąc kawę za kawą, wsuwając totalnie amerykańskie śniadanie z jajkami sadzonymi, bekonem i pancake’ami z syropem klonowym i rozmawialiśmy cały czas o tym miejscu, śniadaniowni niby zwykłej, a jednak tak bardzo urzekającej, tak fikcyjnie książkowej. Miałem wrażenie, że najdziwniej w tym wszystkim czułem się ja, zupełnie jakby właśnie nakładały mi się dwie rzeczywistości, dając razem jeden spójny niby, ale średnio wiarygodny obraz.

 

„To niesamowite”, powiedziałem. „Zobaczcie, pierwsze miejsce i od razu takie…”. kreska_ i Karolina wymieniły rozbawione spojrzenia. „Właściwie to nie pierwsze”, powiedziała wreszcie ta pierwsza, a druga rozwinęła to w krótką historyjkę: Otóż jakieś pół godziny wcześniej, zanim nasz dodge zatrzymał się na parkingu ‚Danny’s’, dziewczyny, szukając miejsca na postój, trafiły na zupełnie inny lokal. Ten nazywał się ‚Nicky’s’ i miał wielki, świecący neon, a w środku paliły się światła. Dziewczyny zatrzymały się tam, wysiadły i ruszyły w stronę wejścia niemal w takt głośnej muzyki dochodzącej ze środka. Tyle tylko, że… ‚Nicky’s’ było zamknięte. Nie dało się wejść, nikt nie otwierał, za drzwiami w oświetlonym w pełni lokalu nie było zupełnie nikogo. Jakby wszyscy nagle zniknęli albo… Nie, nie było mnie tam, by snuć takie rozważania. Albo inaczej, byłem, ale spałem, a dopiero siedząc w ‚Danny’s’ usłyszałem tę historię. Oczywiście wydała mi się nieprawdopodobna, więc Karolina pokazała mi nagrany komórką filmik z tego, co zobaczyły. I znowu, witajcie w mieście grozy skrytej pod płaszczykiem nowoangielskiej codzienności. Oto Bangor jakiego chciałem doświadczyć…

HOTEL, DOM I KOT

Muszę się wam do czegoś przyznać – przez cały czas pobytu w Bangor nie potrafiłem traktować tego miasta ani jego mieszkańców jak prawdziwych miejsc i ludzi. Na swoją obronę dodać muszę, że wcale mi tego nie ułatwiali. Gdy przyjechaliśmy do właściwego miasta – pełnego drewnianych, kolorowych domków z wieżyczkami i odrestaurowanymi gankami, z uliczkami zawsze pod górę lub w dół, prawie nigdy prosto – natychmiast znowu na obraz prawdziwy nałożyły mi się obrazki z książek i tylko wypatrywałem w studzienkach kanalizacyjnych papierowych stateczków, a pod gankami przerażających bezdomnych. Im bliżej centrum, tym więcej widać było postindustrialnych ceglanych gmachów, a wśród nich knajpy, restauracje i sklepiki, pomiędzy którymi… a nie, o tym później. Szukaliśmy miejsca do spania, jakiegoś motelu w miarę w pobliżu centrum i googlowska mapa wyprowadziła nas koło kasyna, jakąś milę od ścisłego centrum. Jeśli przeglądaliście kiedyś foldery z Bangor czy zdjęcia stamtąd, zapewne kojarzycie wielką kolorową statuę drwala, prawda? No to właśnie tam jest kasyno i obok niego motel, z jakże pięknym reklamowym hasłem: „Co zaoszczędzisz na spaniu, wykorzystaj w kasynie”. W recepcji, zanim jeszcze rozmówiliśmy się z na pozór chłodną, ale w gruncie rzeczy sympatyczną, rzeczową starszą panią stojącą za blatem, zauważyliśmy dwie rzeczy. Po pierwsze informację o tym, dlaczego w tym motelu posiadanie zwierząt jest dozwolone (uzasadnienie znajdziecie na którymś ze zdjęć), a po drugie lokalną gazetę, gdzie… no cóż, tytuł artykułu z pierwszej strony robił odpowiednie wrażenie i znowu wpasował się w konwencję. To właśnie przy użyciu tej gazety zrobiłem sobie „dowód życia” do wrzucenia na Facebooka. Znajdźcie je teraz (dla ułatwienia zdjęcie jest też w fotodokumentacji tej relacji) i sami powiedzcie – jak bardzo jest to kingowe, nieprawdaż?

 

 

Okazało się, że z tyloma pokojami (potrzebowaliśmy trzech) może być krucho ze względu na trwający właśnie lokalny kongres Republikanów, ale jeśli chcemy za minimalnie większą kwotę (i tak tańszą sporo niż byle motel w NY) możemy dostać apartament z dwoma sypialniami, tyloma łazienkami, kuchnią i sporym salonem. Tak, wiem, powinniśmy zwęszyć tu jakąś zasadzkę, ale wtedy, wciąż nieco zmęczeni mimo przerażającej ilości kawy w naszych żyłach, tylko przyjęliśmy wdzięcznie ten przejaw luksusu i zapadliśmy w sen… (by potem, za sprawą psychopaty, który wylazł z kanalizacji, już nigdy się nie obudz…)

No dobra, spoiler. Nic się nie wydarzyło, a w tanim apartamencie nie było żadnej pułapki, żadnego haczyka. Po prostu tanio, luksusowo i fajnie. Gdy się już trochę ogarnęliśmy, zabraliśmy się za to, co było tak naprawdę jednym z ważniejszych celów naszej podróży do Maine, a bez którego nie warto było się na razie pokazywać pod domem Kinga. Koperta. Wielka, żółta, kupiona w Walmarcie, a na niej wykonany przez Karolinę i kreskę_ odcisk buta. W środku natomiast list do Kinga i pendrive ze specjalną multimedialną prezentacją przedstawiającą projekt eventu charytatywnego opartego na ‚Wielkim marszu’ – konceptu, który zamierzamy zrealizować i który chcieliśmy, by jego autorskość pobłogosławił. Pendrive, również zakupiony w Walmarcie, był w kształcie deskorolki z namalowanym od dołu Homerem Simpsonem – jakoś ze wszystkich możliwych opcji ta wydała nam się najbardziej kingowska. Uzbrojeni w kopertę władowaliśmy się do vana i wbiwszy na GPS-ie właściwy adres – oraz przepuszczając uczestników trwającego właśnie indyjskiego biegu szczęścia, popularnej ostatnio zabawy, gdzie biegnący są co przystanek posypywani kolorowym proszkiem – pojechaliśmy pod znany wszystkim kingomaniakom adres.

 

A tam… dom. Znamy go ze zdjęć, czerwony, gdy patrzeć od fasady i znanej fanom bramki – niewielki. Dopiero gdy spojrzeć z boku, widać, że ciągnie się wgłąb posesji, przechodząc płynnie w dobudówki. Na jednej z tych właśnie dobudówek wielka czarna antena nadawcza, na podjeździe kilka samochodów. Jako jeden z niewielu domów na ulicy, rezydencja Kingów otoczona jest płotem, ale, co osobliwe, tylko od frontu i od strony jednego z sąsiadów. Po drugiej stronie ogrodzenie gładko łączy się z płotem drugiego domu, a obu podwórek właściwie nic nie oddziela. Uznaliśmy, że może jest to drugi domek Kingów, możliwe, że dla gości, ale wtedy – zabawna rzecz – na pierwszy rzut oka, biała budowla wydawała się bardziej imponująca niż dom właściwy. Furtka – ta znana – wiodąca na ganek była zamknięta, ale już brama wejściowa otwarta na oścież, co konfudowało nas trochę. No bo co, byliśmy tu teraz, mieliśmy kopertę i co dalej? Co można zrobić, gdy nie widzisz skrzynki na listy, gdy nie widzisz nikogo, komu ten nasz list możesz przekazać. Tylko te samochody na podjeździe, ta otwarta brama… Dumając, a może po trosze licząc na szczęście, staliśmy sobie pod domem, a przy okazji skręciliśmy na szybko materiał video dla Mańka, który pracuje w TVP i postanowił zrobić trochę materiałów mimo urlopu. Ten konkretny za temat przewodni miał pisarza z Polski, który przyjechał oddać hołd swojemu literackiemu mistrzowi. Z tego co wiem, materiał został przyjęty i nawet poszedł w telewizji, ale zabijcie mnie, nie wiem dokładnie, kiedy. Spróbuję się dowiedzieć, choć chyba nie chcę, żeby wszyscy go oglądali. Nie dość, że podekscytowany miejscem, w którym się znalazłem, plotłem trzy po trzy, to jeszcze podobno kręciłem się, jakbym po raz pierwszy w życiu stał przed kamerą. No ale cóż… prawo fana. I wtedy właśnie coś poruszyło się na Kingowskim ganku.

Wiedzieliśmy, że to nikt z domowników, bo nie otworzyły się drzwi, a jednak siedzącego tam człowieka raczej byśmy zauważyli. Mieliśmy rację tylko częściowo, bo choć nie człowiek, to całkiem niewykluczone, że był to jednak domownik. Czarny kot z czerwoną obróżką wspiął się na balustradę, wyprężył i zeskoczył, by żwirowaną ścieżką podejść najpierw do zamkniętej furtki, a potem – jakby przeciskanie się między prętami było poniżej jego kociej godności – do otwartej bramy. Potem powoli, majestatycznie kot przyszedł do nas, na drugą stronę ulicy i usiadł. Nie, nie przyszedł się łasić, choć ostatecznie pozwolił wziąć się na ręce czy pogłaskać. Posiedział jednak chwilę przy nas, zanim poszedł zobaczyć się z kumplami. Tymczasem zdaliśmy sobie sprawę, że stoimy tam już prawie godzinę i doszliśmy do wniosku, że to trochę creepy, zwłaszcza jeżeli w domu ktoś jest i czasem na ulicę zerka. W międzyczasie oprócz nas przewinęły się tam ze trzy mini grupki – to jakaś rodzinka, to parka – ale oni tylko trzaskali zdjęcia: to domu, to stojącej w rogu żaby, i odjeżdżali po kwadransie. My zdecydowanie przeginaliśmy. „No dobra, raz kozie śmierć”, zadecydowała bodaj Karolina i ruszyliśmy we trójkę (bo jeszcze kreska_) w stronę bramy. Przekroczywszy ją, z bijącym sercem udaliśmy się pod drzwi wejściowe i przeczytawszy karteczkę z uprzejmą prośbą, by uszanować prywatność państwa Kingów i nie dzwonić dzwonkiem oraz nie prosić o autografy, włożyliśmy nasz list do skrzynki na listy, w taki jednak sposób, by trochę zeń wystawał. Chodziło o to, byśmy z ulicy widzieli, czy list został zabrany czy nie. Potem, dumni z siebie, ale wciąż z walącymi sercami wróciliśmy do reszty wycieczki. No i się zaczęło…

 

 

NOCNE BIEGANIE

Chciałbym powiedzieć, że z poczuciem spełnionego obowiązku, już luźni i spokojni oddaliśmy się kontemplowaniu miasta. Serio, naprawdę chciałbym to powiedzieć, bo w jakimś tam stopniu chciałbym, żeby tak było. Wszak mojej pasji do Kinga na tej wycieczce nie podzielał nikt. Owszem, kresce_ i Karolinie udzielił się entuzjazm związany z projektem i akcją dostarczenia listu, ale kingofioła miałem tylko ja. I choć robiłem, co mogłem, choć udzielałem się jak się dało we wszystkich podejmowanych wspólnie inicjatywach: a to zwiedzania, a to obchodzenia urodzin Mańka (kupiliśmy mu tort ze Scoobym i koszulkę z napisem po angielsku, mówiącym w tłumaczeniu: „Uwaga, próbuję się przejąć”, która bardzo może się przydać dziennikarzowi pracującymi w terenie), to jednak moje myśli krążyły wokół jednego – czy King jest w domu czy nie? Zabrał kopertę czy nie zabrał? I tak w kółko. Trochę, przyznaję, musiałem być z tym męczący. Tego pierwszego dnia nie zwiedzaliśmy już więcej, bo raz, że szykowaliśmy się na tę urodzinową, wieczorną imprezkę Mańka, a dwa, że postanowiliśmy po całej nowojorskiej gonitwie i podróży zjeść wspólnie posiłek zrobiony samodzielnie w naszej przestronnej kuchni. I choć zdecydowaliśmy się na spaghetti, to i tu nie mogło być normalnie. Zachęceni przez pana, który wyglądał jak marynarz Popeye po osiemdziesiątce i mówił, jakby skrobał paznokciami wieko trumny – kupiliśmy w markecie… mielone mięso z bizona. I uprzedzając pytanie, nie, w żaden sposób nie różniło się smakiem od mielonego wołowego. Nad garnkiem nie uniósł się też, nawet na moment duch prerii.

***

Od naszego motelu pod dom Kinga było najkrótszą drogą dokładnie 2,37 km. Skąd to wiem? Nie, nie sprawdziłem wieczorem na googlemapsie tylko, ledwie tylko zapadł zmrok, usprawiedliwiając się codziennym (a podczas tych wakacji nieco zaniedbanym) joggingiem, pognałem przez noc w stronę Cedar St. i krzyżującej się z nią Broadway. Ulice opustoszały, ale tam gdzie ciągnęły się te główne, sygnalizacja świetlna wciąż działała. W uszach brzmiał mi soundtrack z nowego Dredda, który swym rytmem, ale i mrocznością doskonale wpisywał się w nastrój tego miejsca. Tuż przed centrum, zrównując się niemal z linią ceglanych budynków, skręciłem w lewo i pobiegłem w górę. I teraz wyobraźcie to sobie – te wszystkie domki, jeden z drugim wyglądający teraz na opuszczone… i to lata temu. Anteny satelitarne czy samochody na podjazdach wyglądały tylko jak próba zamaskowania, że tu już od dawna nikt nie mieszka, a w tej ciemności za oknami, gdzieś za tą drgającą tu i tam zasłoną, czai się coś, co odpowiada za tę sytuację. Mroczny, rytmiczny bit tłukł mi się w uszach, a tymczasem ulica nabierała barwy sepii. Tak, wiedziałem, że to latarnie, tu troszkę inne niż w centrum, ale sami rozumiecie, że w tym momencie nie miało to specjalnie znaczenia. Teraz z każdym krokiem wkraczałem nawet nie tyle w przeszłość, co alternatywną przeszłość tego miasta i zrodzonych z niego Derry i Castle Rock. Serce tłukło mi się w piersi i pewnie, częściowo dlatego, że biegłem w dodatku sporo pod górkę, ale bardziej na widok tego, co moja wyobraźnia wpychała pod odmalowane ganki, w okrągłe okna strychów.

A potem nagle skrzyżowanie i tu już światła podwieszone nad drogą w plątaninie kabli łypały tylko ostrzegawczo, ale nie było łapki mówiącej „stop”. Przebiegłem bez zatrzymywania się, wbiegłem w mrok na tym końcowym odcinku Cedar St. nie było lamp i wreszcie… dysząc ciężko, zatrzymałem się pod domem Kinga. I dopiero teraz, skąpany w mroku prezentował się jak rezydencja mistrza grozy. Nie dziwi mnie co jego, było nie było miłośnika tak twórczości Poego, jak i filmów Cormana, urzekło w tym domostwie, dlaczego zdecydował się je kupić. Na tle bezgwiezdnego grafitowego nieba czerwony domek Kinga wyglądał jak mroczny, opuszczony zamek, a może jeden z tych domków na wzgórzu, gdzie wściekłych duchów czai się więcej niźli szczurów po piwnicach. Stałem tam jak urzeczony i nawet na chwilę pozbyłem się bitu wgryzającego mi się pod czaszkę, ale wtedy, czy to za sprawą kontrastu czy naprawdę było tak cicho, poczułem prawdziwy niepokój. Zimny wiatr, który smagnął mnie przez plecy autentycznie przeszył mnie niczym prąd. Zadrżały kolana. Jednocześnie chciałem tam zostać i pragnąłem jak najszybciej wrócić do domu, choćbym miał pędzić teraz dwa razy szybciej niż w tę stronę. Powoli, ostrożnie podszedłem jeszcze do płotu i zerknąłem w stronę skrzynki. Żółta koperta wciąż tam tkwiła…

WIEŻA WODNA I PEWIEN SKLEPIK

Następnego dnia wstałem dość późno jak na towarzyszącą mi gorączkę miejsca, bo koło dziewiątej. Z pewnością częściowo tłumaczy mnie fakt, że gdy wszyscy poszli już spać, ja pisałem. Długo i z pasją, nakręcony jak nie pamiętam już kiedy. Opowiadanie, na które pomysł gnieździł mi się w głowie dość długo, by wreszcie ułożyć się i czekać tuż przed wylotem do Stanów. Wiedziałem, że napiszę je właśnie tam, w Bangor, by móc jak King napisać pod tekstem miasto i datę. To właśnie miasto. Nie skończyłem pisać pierwszej nocy, ale miałem nadzieję, że nadchodzący dzień nie okaże się specjalnie męczący i będę w stanie dokończyć jeszcze przed wyjazdem.

Tymczasem jednak, zjadłszy śniadanie, wybraliśmy się na zwiedzanie miasta. Na parkingu, czekając na resztę ekipy, spotkaliśmy z Mańkiem reprezentanta Republikanów, który czekał właśnie na kolegę, więc chętnie poopowiadał i o kongresie, i o systemie dwupartyjnym, i wielu, wielu innych rzeczach. Był miły, uprzejmy i cierpliwy, czym bardzo nas sobie zjednał, choć ani mnie ani Mańkowi niespecjalnie do Republikanów blisko ideowo. Ale to podejście: otwarte, miłe – naprawdę działało. Podobnie jak mocny uścisk na powitanie i uśmiech na twarzy. Tyle, że znowu – widząc ten uśmiech i wyciągniętą dłoń, bałem się, że gdy tylko ją uścisnę, zobaczę w głowie obrazy z przeszłości lub przyszłości tego mężczyzny. Obrazy, których bardzo bym nie chciał zobaczyć… Oczywiście padło pytanie, co tu robimy i oczywiście opowiedzieliśmy o Kingu. Zdziwił się trochę, że taki kawał, by zobaczyć pisarza. Sam oczywiście o nim słyszał, ale nie czytał jego książek, bo raz, że nie lubił horrorów, a dwa, że podobno King jest Demokratą. Tu oczywiście zaśmiał się jakby to był dowcip, ale jak dla mnie spokojnie mógł to być przeważający argument. Wreszcie nadszedł jego kolega i gdy zostaliśmy sobie przedstawieni, opowiedział nam historyjkę, rzekomo autentyczną. I choć słyszałem ją już kilka razy wcześniej w różnych wariantach i w dodatku opowiadającą o innych celebrytach, uznałem, że to urocze, że ją opowiada, chcąc nam sprawić frajdę. Z tego powodu, gdy skończył, udałem zachwyt i zaskoczenie, co bardzo narratora ucieszyło.

Historyjka szła mniej więcej tak: Otóż kiedyś jakiś kumpel naszego polityka – jakżeby inaczej! – jechał kiedyś sobie przez Bangor i nagle coś mu rypnęło w silniku. Wysiadł, otworzył maskę, zamknął maskę, zadzwonił po pomoc drogową i dowiedział się, że zajmie im to z godzinę. No to się zmartwił nieco, bo do domu daleko, a tu tak obco, strasznie, wilki jakieś, no i deszcz siąpi. W dodatku z domu naprzeciw nagle wychodzi taki facet i pyta go z uśmiechem co się stało, a gdy tamten opowiada, facet zaprasza go do domu na herbatkę. I gdy tak siedzą sobie w salonie, kolega polityka widzi wszędzie plakaty z filmów na bazie Kinga, z książek Kinga etc. No i mówi: „Musisz strasznie lubić tego dziwaka”. Na co gospodarz uśmiecha się i mówi: „To ja jestem tym dziwakiem”.

Pożegnawszy się z panami Republikanami wsiedliśmy w samochód, by pojechać do centrum miasta, gdzie, według googlowskiej strony mieści się… „Sklepik z marzeniami”. Jak się niestety okazało, po tym jak sprawdziliśmy i dopytaliśmy, mieścił się, bo zbankrutował. Westchnąłem sobie, powiedziałem „szkoda” i podjechaliśmy pod dom Kinga. A tam… niespodzianka. Koperta zniknęła! To znaczy, że ktoś ją zabrał, może King, może przeczytał, może właśnie wybiera numer telefonu, sprawdźcie telefony, dzwonił ktoś obcy? Na pewno nie? A może jakaś poczta głosowa…?

Czyli, jak się domyślacie, troszkę nam odwaliło. Po chwili stwierdziliśmy jednak, że nie będziemy tu stać jak debile i jednak pojedziemy zwiedzać. Na naszej mapie była wieża wodna w Bangor oraz bagna. O tych drugich więcej zaraz. Jeżeli czytaliście ‚To’, wiecie, jakie uczucia w fanu Kinga winna wzbudzać wieża wodna. Jeśli pamiętacie tę książkę dobrze, powinniście również zrozumieć moje zaskoczenie i rozbawienie, gdy okazało się, że nad budynkiem krąży dzikie ptactwo, a nieopodal znajduje się ośrodek ornitologiczny. Sama wieża znajduje się na szczycie wzgórza, dojeżdża się do niej serpentynką i można zaparkować przy samej budowli. W okolicy jest trawnik i kilka spacerowych ścieżek. Gdyby nie drzewa, byłby też stąd świetny widok na kawał Bangor. Obtrzaskawszy miejsce fotkami, zjechaliśmy nieco w dół, ponieważ podczas porannego przejazdu przez miasto kreska_ wypatrzyła miejsce, które koniecznie chciała nam pokazać. Ośrodek dla dzieci, pewnie przedszkole, ale tak ponury i upiorny, że przywodził na myśl wszystkie horrory z sierocińcami w roli głównej. A nieco dalej opustoszały dom, z oknami zabitymi deskami i werandą pod którą spokojnie mógłby się czaić Pennywise, czekając na swą ofiarę w żebraczym outficie. Co ciekawe, dom był na sprzedaż i nawet przez moment wahaliśmy się czy nie zadzwonić i nie sprawdzić po ile, ale wspólnie doszliśmy do wniosku, że nie chcielibyśmy chyba słyszeć głosu z drugiej strony słuchawki. Wreszcie, znowu przejechawszy przez centrum miasta, pojechaliśmy w stronę bagien.

 

 

Tak właściwie było to rozlewisko, ale ta nazwa kojarzyła nam się zdecydowanie mniej mrocznie, a te zalane wodą wyschnięte, połamane drzewa jakby żywcem wyjęte gdzieś z Luizjany i przeniesione pod szare niebo Maine mroczne były z pewnością. Zauważyliśmy je już pierwszego dnia, bo znajdowały się wzdłuż drogi, ale wtedy jeszcze bardziej nas interesował hotel i kąpiel niż takie zwiedzanie. Odpuszczać jednak nie zamierzaliśmy. Po drodze staliśmy chwilę na skrzyżowaniu blokowanym przez lokalsów domagających się jakiś zmian w polityce stanu czy regionu coś ekologicznego, wnioskując po chałupniczo wykonanych transparentach i okrzykach – a potem skręciliśmy we właściwą drogę, zaparkowaliśmy na skraju osiedla małych domków i ruszyliśmy ścieżką wzdłuż rozlewiska. O samym miejscu pisać nie będę, więcej ukażą Wam zdjęcia, ale chciałbym wspomnieć o czymś, co uciekło mi, ale stało się udziałem kreski_, Karoliny i mojego taty. Ja bowiem parłem do przodu dosyć szybko, chłonąc klimat miejsca, ale też nie skupiając się na pojedynczych drzewkach, ptaszkach czy gałązkach. Co innego dziewczyny robiące zdjęcia czy mój tata, który wpadł na pomysł, by znaleziony tam przy drodze wysuszony kawałek kory przyozdobić innymi zdobyczami z rozlewiska. I gdy tak szedł, rozmawiał z kreską_ i Karoliną i dobierał elementy do swego koro-bukietu, ich oczom ukazała się nagle niewielka skrzyneczka ukryta gdzieś między gałęziami wysuszonego drzewa. Sięgnęli do niej i znaleźli tam masę dziecięcych skarbów, w tym notes zapakowany w folię i kredkę. Skorzystawszy z okazji, chcąc też sprawić frajdę dzieciakom, wpisali się do notesu i obfotografowawszy skrzyneczkę zostawili ją tam, gdzie była. Oczywiście, gdy się o tym odkryciu dowiedziałem, szlag mnie trafił, że przegapiłem, ale było już za późno, za zimno i za daleko, by wracać. Bo taka idea skrzyneczki i stojącej za nią dzieciaków była tak bardzo Kingowska, że to wręcz niesamowite! Na pocieszenie dostałem spacer osiedlem tych małych domków i ulicę Carrie znajdującą się na nim.

 

 

Warto też dodać zabawny fakt. Idąc tym osiedlem spotkaliśmy właściwie tylko jedno dziecko i ojca stojącego w otwartym garażu – poza nimi zupełnie nikogo – ale gdy wychodziliśmy z osiedla, podjechał do nas prywatny samochód, kierowca opuścił szybę i uprzejmie zagadał do Karoliny, kim jesteśmy i czemu robimy te zdjęcia, bo się „wszyscy tutaj zastanawiają”. I nagle ta idea ruszających się firanek, która dopadła mnie w nocy, a w blasku dnia wydawała się irracjonalna… no cóż, powiem tak – wrażenie jakbym wlazł do ‚W paszczy szaleństwa’, edycja Stephenowo-Kingowa. Po powrocie zjedliśmy obiad, tata próbował mnie na nowo nauczyć zrobić stateczek z papieru (tak mnie wzięło), a potem poszedłem pobiegać.

Tym razem wybrałem nieco inną drogę, dłuższą, bo chciałem znaleźć księgarnię, do której mieliśmy się udać przed wyjazdem – miejsce, gdzie podobno sprzedawane są przede wszystkim książki Kinga, do tego w ogromnej ilości egzemplarze kolekcjonerskie. Po ciemku jednak nie udało mi się tego miejsca znaleźć, więc znowu wylądowałem pod domem pisarza, postałem tam trochę i wróciłem. W apartamencie okazało się, że dość optymistycznie podeszliśmy do sprawy z tym naszym listem. Otóż zakładając, że ktoś nam na niego odpowie podczas naszego pobytu w Bangor, podaliśmy jedynie amerykańskie numery telefonów, żadnych maili ani nic. Napisaliśmy więc drugi list, uzupełniliśmy paroma dodatkami i przygotowaliśmy się, że jutro podrzucimy jeszcze jedną przesyłkę. Tak na pożegnanie, przed wyjazdem z miasta, który zaplanowaliśmy koło południa. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy, a tata zaproponował, by na wierzchu skrzynki położyć jeszcze ten bagienny bukiecik bo ładny. I rzeczywiście, bukiet był ładny a pomysł zacny. Tak postanowiliśmy zrobić. Wreszcie wszyscy poszli spać, a ja skończyłem opowiadanie i napisałem pod nim upragnione: datę i „Bangor, Maine”.

WYJAZD I NIESPODZIANKA

Ostatniego dnia spakowaliśmy się szybko i postanowiliśmy podjechać jeszcze do tej księgarni, której wczoraj nie mogłem znaleźć. Nic dziwnego, bowiem zamiast niej znajdował się tam obecnie salon fryzjerski. Gdy wszedłem do środka, powitał mnie starszy pan siedzący na fotelu i zapytał, jak strzyżemy. Powiedziałem, że w ogóle, bo niestety troszkę się spieszę, ale czy nie wie gdzie tu w pobliżu jest księgarnia, a on poklepał w poręcz fotela i powiedział: „Tu była, zwinęła się dwa lata temu. Ludzie już nie czytają książek, kiedy mają radio” – i raaany, to zdanie było tak bardzo nie z tej epoki, że aż pokręciłem głową z niedowierzaniem. Pożegnałem się z nim i wyszedłem, by przekazać innym nowinę, która, mówiąc szczerze, zupełnie ich nie obeszła. No i wreszcie dom Kinga po raz ostatni.

Podjechaliśmy tam nastawieni, że tym razem tylko koperta w skrzynkę i spadamy, ale jak się okazało, los chciał inaczej. Gdy bowiem znaleźliśmy się na ganku, gdy włożyliśmy kopertę do skrzynki, a bukiet na nią, nagle… rozległ się zgrzyt zamka, a potem otworzyły się najpierw drzwi właściwe, a potem te obciągnięte siatką. Zamarłem i słowo daję, serce przestało mi bić w tym momencie. Nieważne czy to sam Stephen, czy może Tabitha, nieważne czy otwiera, by się przywitać czy żeby opieprzyć, zaraz ich zobaczymy a wtedy… Okazało się jednak, że to żadne z nich, a gospodyni zatrudniona do opieki nad domem, zwłaszcza pod ich dłuższą nieobecność. Bo tak, Kinga w ogóle nie było w Maine, choć oczywiście pani nie mogła nam podać miejsca jego pobytu, a my nie pytaliśmy. Zapytała, czy to nasz był list z butem, a my powiedzieliśmy, że owszem i wyjaśniliśmy, że jesteśmy z Polski i nie chcemy się narzucać, ale po prostu mamy fajny pomysł i… rozumiecie, miła gadka. Pani była bardzo uprzejma, zainteresowała się bukietem zrobionym przez tatę i nie dowierzała, że to tak ot, zebrane na rozlewisku. Potem sama z siebie obiecała, że nie położy tych listów gdzieś na bok tylko da je Kingowi. Zapytała, co jest w środku, wyjaśniliśmy. Na koniec chcieliśmy zrobić sobie z nią zdjęcie, ale powiedziała, że wolałaby nie co uznałem za zrozumiałe. Podziękowaliśmy za rozmowę i zeszliśmy z ganku, ruszając podjazdem. A potem kreska_ skarciła Karolinę cichym sykiem, za to że ta mimo wszystko zrobiła ukradkiem zdjęcie pani gospodyni, gdy ta wyciąga nasz list ze skrzynki. No cóż, ja tam się cieszę, że mamy choć taką pamiątkę z tego niezwykłego spotkania.

 

 

I to już w zasadzie tyle, za wyjątkiem jednego drobnego szczegółu. Gdy mijaliśmy bramę, coś poruszyło się w krzakach na terenie posesji, a zaraz potem spomiędzy nich wysunął się czarny kot z czerwoną obróżką. Tylko na moment, bo zaraz zniknął w tych krzakach znowu… ale dla kogoś, kto oglądał ‚Oko kota’, to wystarczyło. Pół godziny później już nas nie było… Zostawiliśmy za sobą miasto, które, choć odwiedzone po raz pierwszy, cały czas wywoływało to wrażenie… Wiecie które. To, które można nazwać tylko po francusku.

Autor tekstu:
Jakub Ćwiek

2014 r.