Rozmowa ze Stephenem Kingiem

Dla The New York Times ze Stephenem Kingiem rozmawia Gilbert Cruz.

Tłumaczenie: nocny

Stephen King: Peter i ja napisaliśmy Talizman, bo przeczytał on książkę zatytułowaną The Hero’s Journey, w której były pomysły, które bardzo mu się spodobały. Wpadłem na pomysł, by bohaterem był młody chłopak, który wyruszy na wyprawę w poszukiwaniu przedmiotu, okazał się nim talizman. I tak napisaliśmy tę książkę, w tamtych czasach korzystaliśmy z modemów, kiedy to słychać było ten dziwny, ćwierkający dźwięk podczas przesyłania danych. Od zawsze mieliśmy w planach drugą część, którą okazał się Czarny dom. Zawsze też myśleliśmy, że napiszemy trzeci tom. Peter miał swoją pracę, ja miałem swoją. Ciągle to odkładaliśmy i odkładaliśmy, aż w końcu Peter napisał do mnie list dając znać, że „naprawdę powinniśmy to zrobić”. Wysłał mi książkę zatytułowaną Redheaded Peckerwood o Charlesie Starkweatherze, była to książka ze zdjęciami. Nie było na nich ludzi; były to po prostu znalezione przedmioty z tamtego okresu i czasu, kiedy Charles Starkweather rozpoczął swoją pierwszą współczesną serię morderstw. Peter uznał, że to byłby świetny pomysł na książkę, i napisał do mnie list na ten temat. Znalazłem go dopiero po tym, jak Inne światy niż te została już napisana. Czas mijał, Peter zachorował, a potem odszedł. Miałem ten pomysł na trzecią książkę i po prostu czerpałem z niego inspirację jak szalony. Peter był ze mną podczas pisania tej książki tak więc ostatecznie okazało się, że to Stephen King i Peter Straub. Można powiedzieć, że ponownie stworzyliśmy zespół.

Gilbert Cruz: Co to znaczy „wczuć się w Petera Strauba”? Wiem, że byliście przyjaciółmi od bardzo dawna. Napisaliście razem dwie książki, ale kiedy teraz siadałeś do pracy, mówiłeś sobie: „No dobrze, teraz wcielę się w Petera”. Jak to wygląda w praktyce?

Cóż, zanim zacząłem próbować uchwycić jego styl, przeczytałem jego Upiorną opowieść i kilka opowiadań. To coś w rodzaju literackiego fałszerstwa. Kiedy siadaliśmy do Czarnego domu, Peter powiedział mi przed rozpoczęciem pracy: „Ja będę pisał jak ty, ty będziesz pisał jak ja, i nikt nie będzie w stanie rozróżnić, kto co napisał”. Peter miał swój sposób pisania, nie potrafię tego lepiej wyjaśnić, ale zawsze byłem literackim fałszerzem. Gdybym dużo czytał H.P. Lovecrafta, pisałbym o „mrocznych, nieznanych okropnościach”. Peter ma bardzo wyraźny styl. Łączy w sobie wrażliwość poetycką z umiejętnością narracji. Nie sądzę, żeby ktokolwiek inny to miał. Może James Dickey w niewielkim stopniu w Deliverance i To the White Sea, może odrobinę Cormac McCarthy, ale Peter nigdy nie popadał w kwiecistość, jak to robił McCarthy. Zawsze wydawał się wracać do podstawowej historii. I to właśnie uwielbiam w Peterze.

A co on by powiedział o twoim stylu?

To jak próba opisania tego, co widzisz w lustrze, gdy patrzysz na siebie. Bardzo trudno mi to określić. Przede wszystkim skupiam się na fabule i dopiero wraz z upływem czasu widzę pełen obraz.

Rozpoczynasz promocję tej książki. Będziesz musiał dużo mówić o swoim przyjacielu, dużo o nim myśleć. Czy to coś, na co czekasz?

Kocham Petera, był jedyny w swoim rodzaju. Były tematy, w których się nie zgadzaliśmy, jednym z nich była muzyka. On był totalnym fanem jazzu, a ja byłem rockandrollowcem. On więc lubił Milesa Davisa, Charliego Parkera i podobnych muzyków. Zawsze kiedy słuchałem takiej muzyki czułem się, jakbym miał lekką gorączkę.  Wydawało mi się, że nie ma w niej ani rytmu, ani tempa. A on czuł to samo w stosunku do rock’n’ rolla. Jakoś się dogadaliśmy i naprawdę nie potrafię tego opisać.

Kiedy zacząłem pisać Inne światy niż te, powiedziałem sobie: „Peter, pomóż mi zacząć tę książkę”. Rozpoczęcie pisania książki jest czasem najtrudniejszą częścią. Potem wszystko jakby samo się toczy. Ale kiedy zaczynasz, myślisz gdzie postawić pierwszy krok. To trochę jak wejście na przenośnik taśmowy. Siedzę przy biurku i pytam: „Peter, jak byś zaczął tę książkę?”. A on odpowiada mi w mojej głowie: (i nie mówię tu o duchu, tylko o przywołaniu postaci Petera Strauba) miałem obraz, od którego chciałem zacząć: Jack Sawyer stojący na balustradzie i spoglądający w dół na miasto z różowymi tarasami schodzącymi w kierunku oceanu. Pomyślałem sobie: „Tak, ale jak to opisać? Jak to zacząć?”. A Peter odpowiedział: „Napiszesz: Tu i teraz, jak mawiał mój stary przyjaciel„. Od razu stwierdziłem: „To jest właśnie ten początek”. Tak zrobiłem, a reszta potoczyła się sama.

W wywiadzie dla programu 60 Minutes z 1997 roku Lesley Stahl zapytała cię o album z wycinkami, który prowadziłeś jako dziecko i do którego wklejałeś materiały dotyczące Charlesa Starkweathera, jednego z pierwszych znanych seryjnych morderców w historii Stanów Zjednoczonych. Miało to miejsce w Nebrasce pod koniec lat 50. Zainspirowało to wielu twórców: film Terrence’a Malicka Badlands, album Bruce’a Springsteena Nebraska, a teraz Inne światy niż te. Co było takiego w tej postaci? Dlaczego jest kimś, kto nie daje o sobie zapomnieć?

Tak, prowadziłem album z wycinkami. Zbierałem artykuły o nim, kiedy trwał jego szał zabijania, który rozpoczął się w Nebrasce, a zakończył w Wyoming. Rzecz w tym, że naprawdę podobał mi się jego wygląd. Miał fryzurę w stylu Jamesa Deana, coś w rodzaju Elvisa Presleya. A jednocześnie był zły. Był mordercą. Zabił dziecko w łóżeczku, uderzając je kolbą strzelby. Powiedziałem więc mojej mamie, która była tym bardzo zaniepokojona, że interesuję się tym facetem. Powiedziałem jej, że chcę go poznać, żeby móc go uniknąć, jeśli zobaczę lub spotkam kogoś podobnego. To była twarz zła. W jego oczach było coś pustego, co sprawiło, że pomyślałem sobie: „To interesująca osoba, ale nie taka, z którą chciałoby się się zaprzyjaźnić czy być blisko. To rodzaj choroby. Nie chcesz się nią zarazić”. Był interesujący i był pierwszym z młodych seryjnych morderców.

To trzecia część trylogii. Jest ona jednak również ściśle powiązana z twoją wielką sagą Mroczna Wieża. Czy kiedykolwiek martwiłeś się, umieszczając elementy Mrocznej Wieży w swoich książkach, że nie powinno się tego łączyć? Bo kiedy już je połączysz, tak jak zrobiłeś to w Czarnym domu, to pozostają połączone na zawsze.

Dziecko trzyma rzeczy na talerzu osobno. Fasola nie może dotykać sosu, a sos nie może dotykać fasoli, bo inaczej trzeba wszystko wyrzucić. Powiedziałem Peterowi: „Zrobimy gulasz”. Dobrze się bawiliśmy. Dostrzegłem szansę, by zamknąć obie historie – doprowadzić Mroczną Wieżę do zakończenia, którego czytelnicy w pewnym sensie oczekiwali, i zakończyć również Talizman. Chciałem zakończyć obie serie.

W czasie pracy nad drugą książką ty i Peter wymienialiście się e-mailami, tak jak wszyscy na świecie. Ale jak właściwie wyglądał proces wzajemnej wymiany napisanych stron kiedy pracowaliście nad pierwszą książką? Czy przerabialiście nawzajem swoje teksty?

Nie, nie przerabialiśmy nawzajem swoich tekstów. W przypadku Czarnego domu przerabialiśmy już teksty jak szaleni, bo się znaliśmy, ale kiedy pisaliśmy Talizman, dopiero się poznawaliśmy, wydawało się to wtedy dobrym pomysłem. Peter odniósł wielki sukces dzięki Upiornej opowieści, ja miałem na koncie kilka sukcesów. Pomyśleliśmy, że zarobimy mnóstwo pieniędzy i że mamy niemal gwarantowany bestseller. I tak się faktycznie stało, ale tak naprawdę nie znaliśmy się wtedy zbyt dobrze. Bardzo szanowałem Petera, bo uważałem, że jest znacznie lepszym pisarzem ode mnie. Miał lepszy styl. Lepiej rozumiał ludzi. Ale w jego twórczości była też pewna poetycka wrażliwość. Rany, byłem pod ogromnym wrażeniem tego, co potrafił zrobić z prozą. Nigdy nie zasugerowałbym mu, żeby zmieniał jakieś zdania.

Gdy Talizman miał premierę, uważano cię za króla horroru, a jednak już wtedy tworzyłeś łącząc różne gatunki. Czy patrzysz na tamten czas inaczej, kiedy pomyślisz: „Rany, przez cały ten czas robiłem coś więcej niż tylko horrory”?

Był taki moment, kiedy wpadłem na pomysł powieści kryminalnej o starym detektywie Billu Hodgesie. Pomyślałem sobie: „Mogę napisać historię o tym facecie i seryjnym mordercy, niebezpiecznym typie, Bradym Hartsfieldzie, i pokażemy, kto tu jest tym złym. To nie będzie powieść kryminalna”. Ale pewnego dnia, spacerując po tej opustoszałej drodze na Florydzie, pomyślałem sobie: „Cóż, masz reputację autora horrorów, pisarza fantastyki, kogoś, kto specjalizuje się w fikcji. Może twoim fanom się to nie spodoba”. Ale zaraz potem pomyślałem: „Chwileczkę. Dzieci już dorosły. Masz sporo pieniędzy w banku. O co się martwisz? Martwisz się, czy fanom spodoba się to, co naprawdę chcesz napisać? Nie zamierzasz tego napisać, bo martwisz się o swoją reputację mistrza horroru, straszydła, króla grozy? Mówisz o pisarskim piekle, w którym po prostu zaczynasz pisać na odwal się”. Powiedziałem więc sobie: „Wiesz co, nie obchodzi mnie, czy ludziom się to nie spodoba – mi się podoba”. Napisałem więc tę książkę, a w trakcie pracy natknąłem się na kobietę o imieniu Holly Gibney. Gdybym nie napisał tej pierwszej książki, Pan Mercedes, nigdy bym jej nie odkrył, a stała się dla mnie bardzo ważna. Jest niemal moim alter ego, moją żeńską połową. Holly Gibney ma takie powiedzenie: „Muszę ścigać sprawę”. A ja muszę ścigać tę historię.

Pamiętam, jak poszedłem do mojego sąsiada, emerytowanego chirurga, i zapytałem go: „Jak długo człowiek mógłby przeżyć, gdyby zaczął zjadać własne ciało, zaczynając od palców, a potem może od dłoni?”. Jak długo człowiek mógłby przeżyć? Lekarz odpowiedział, że człowiek mógłby „być swoim posiłkiem” – to było sformułowanie, którego użył: „być swoim posiłkiem” – przez całkiem długi czas. Powiedział, że musiałby wypluwać paznokcie. To był szczegół, który pominąłem.

W tej książce nawiązujesz bezpośrednio do bardzo słynnego cytatu Arthura C. Clarke’a: „Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nie do odróżnienia od magii”. Czy decyzja o tym, czy w opowieści coś ma być magią lub technologią, jest czymś, czym fajnie się bawisz?

Wiesz, Raymond Chandler powiedział kiedyś: „Kiedy nie wiesz, co będzie dalej, wprowadź faceta z bronią”. I wydaje mi się, że w pewnym sensie zapędziłem się w kozi róg. Jakie jest rozwiązanie? Cóż, rozwiązaniem jest to, że jeśli podłoga jest pokryta mokrą farbą, a ty stoisz w kącie, musisz rozpostrzeć skrzydła i przelecieć nad tym bałaganem, więc wprowadzałbym magię wtedy, gdy byłaby potrzebna. Talizman jest magiczny. Zawsze był magiczny.

Co jeszcze zostało ci do zrobienia?

Stary, nigdy nie chcę pracować na pół gwizdka. Kiedy skończę, to naprawdę będzie koniec, bo nie chcę znaleźć się w sytuacji, w której ludzie tylko kręcą głowami i mówią: „Pamiętam, kiedy był jeszcze dobry”. Przez całą moją karierę starałem się budować pomost między tym, co popularne, a tym, co literackie. Nie jest sprawiedliwe, gdy ludzie mówią: „Jeśli wszystkim podoba się ta książka, to musi być gówno”. Ale nie jest też sprawiedliwe, gdy mówią: „Ta książka jest bardzo, bardzo trudna, więc musi być świetna”. Gdzieś musi istnieć złoty środek i starałem się go w pewnym stopniu zapewnić.