Zjazd nr 15 – Karpacz 2009

Aż 3 lata zajęło nam ponowne zorganizowanie wakacyjnego zjazdu. Od sierpniowego wypadu do Torunia w 2006 roku spotykaliśmy się jedynie na zjazdach sylwestrowych i majówkowych. Dwa razy do roku to trochę mało, biorąc pod uwagę, że za dawnych czasów mogliśmy spotkać się 4 razy w ciągu pół roku. Uzbierało się nas 18 osób: nocny, Kasia, Mando, Jula, Tenar, Vampires, SickBastard, Crushed, burial, Karina, mucioo, kh, pennywise, Vuko, Mandriell, Alicja, Fomoraig, Megi. 4 osoby w tej grupie pojawiły się na naszych spotkaniach po raz pierwszy co bardzo cieszy.

 

Wakacyjne spotkanie postanowiliśmy spędzić czynnie, na łonie natury bardziej niż w domu okupując kanapy i dvd. Na miejscówkę wybraliśmy Karpacz i jego górzyste okolice. Trzypiętrowy dom z grillem na zewnątrz i stołem bilardowym w środku wydawał się dobrym wyborem i tam też pierwsze osoby zjawiły się w sobotę już z samego rana. Mando postanowił kontynuować pomysł z poprzedniego zjazdu na dekorowanie miejscówki w barwy kingowe, tym razem poza olbrzymim banerem serwisu StephenKing.pl przywiózł też symbol KA (również w sporych rozmiarach), a burial dołożył swoje trzy grosze wieszając dwa zdjęcia Kinga (duże i małe). Baner zawisł w głównym punkcie orientacyjnym domu, na balkonie pokoju nocnego i Kasi, nad wejściem do domu i miejscem do grillowania tak, że widać go było z ulicy prowadzącej do budynku. W miarę upływu czasu przyjeżdżały kolejne osoby i w coraz większym gronie siedzieliśmy sobie przed domem przy napojach i zakąskach rozprawiając na tematy przeróżne. Powrócił niegdysiejszy stały element zjazdów – fetyszowe fotki. Tym razem mieliśmy ze sobą sporo limitowanych edycji kingowych komiksów. Nową zjazdową atrakcją stała się szisza, którą przywiózł ze sobą mucioo. Zajęła ona honorowe miejsce na środku stołu i wyraźnie cieszyła korzystających z niej namiętnie forumowiczów. Postanowiliśmy też szybko skorzystać z drugiej atrakcji – bilarda – rozgrywając między sobą kilka rund. Gdy nadszedł wieczór przyszedł czas na, jak się ostatecznie okazało tradycyjnego, codziennego grilla. Do tego momentu nie dotrwał już nocny, który zdaje się za dużo trunków wymieszał na raz i cały wieczór spędził na zmianę w łóżku i łazience pod opieką Kasi. Tymczasem reszta bandy bawiła się w najlepsze pod balkonem chorego, który raz na jakiś czas odzyskując przytomność z zazdrością wdychał zapachy pieczonych kiełbasek i wsłuchiwał się w roześmiane głosy kolegów. Na dole zabawa trwała w najlepsze dzięki kolejnej atrakcji przywiezionej tym razem przez debiutanta, Mandriella. Gra Tabu dostarczyła wszystkim wiele zabawy i była miłą odmianą po sztampowych już kalamburach, katowanych na każdym zjeździe od lat. Po godzinie 23 zregenerowany nocny dołączył do reszty ekipy i wszyscy gawędząc spędzili razem jeszcze kilka godzin pierwszej zjazdowej nocy.

 

W niedzielę wprowadziliśmy w życie nasz plan „zjazdu na łonie natury” i wybraliśmy się do pobliskiego Western City, małej repliki miasteczka Dzikiego Zachodu. Podczas pieszej wędrówki co chwila padało pytanie „Daleko jeszcze?”, najpierw zadawane nieco żartobliwie a z upływem czasu coraz bardziej poważnie i z lekką irytacją. Okazało się bowiem, że Western City wcale nie jest takie „pobliskie”. Wreszcie dotarliśmy do miejsca przeznaczenia, zakupiliśmy bilety (mucioo o mało co nie zakupił dla nas 16 miejsc na samochodowym parkingu) i przenieśliśmy się w czasie do XIX wiecznej Ameryki rządzonej przez kowbojów i Indian. Już na początku Jula zakupiła piękny łapacz snów rozsławiony wśród fanów przez powieść Kinga jak i jej ekranizację. Powoli przechadzając się po głównej ulicy miasteczka korzystaliśmy z różnych atrakcji robiąc sobie mniej i bardziej zabawne zdjęcia. O godzinie 14 mogliśmy wziąć udział w inscenizacji napadu na bank, wzbogaconej o zabawny monolog komentatora. Następnie wstąpiliśmy do Saloonu gdzie schłodziliśmy się piwem i posililiśmy szaszłykiem, pierogami czy frytkami. Ot typowe potrawy z Dzikiego Zachodu 🙂 Po chwili przerwy nastąpiła kolejna atrakcja – rodeo show. Mogliśmy obejrzeć różne sztuczki z udziałem koni, cielaków i oczywiście kowbojów i kowbojki. Osoby, które zakupiły bilet z atrakcjami czyli Sick, Vampires, penny, mucioo i burial postrzelali z łuku, porzucali nożami i dzidą ku uciesze pozostałych bo nie wychodziło im to tak jakby chcieli 🙂

 

Po kilku godzinach postanowiliśmy wracać do domu by ponownie wspólnie pobiesiadować. Znów rozpaliliśmy grilla, otworzyliśmy rozmaite trunki i rozpaliliśmy sziszę. Wieczór upłynął na pogawędkach i kolejnych partyjkach bilarda. Zdaje się jednak, że sąsiedzi nie bawili się tak dobrze jak my bo w którymś momencie pod nasz ogródek podjechał patrol policyjny żądając rozmowy z właścicielem. Panowie jednak okazali się mili bo na naszą propozycję przeniesienia się do wnętrza domu przystali i wszystko skończyło się szybko i bezboleśnie. Imprezę kontynuowaliśmy więc już w domu do późnych godzin nocnych. Tym razem to Mando zaryzykował zbyt duże mieszanie płynów co przypłacił poważnymi turbulencjami żołądkowymi. Tej nocy postanowiliśmy też wreszcie zagrać w filmowe kalambury, tradycyjną obok siatkówki grę zjazdową. Okazało się jednak, że nie był to najlepszy pomysł i kalambury zakończyły się jeszcze szybciej niż grill. Między nocnym a Mandem doszło do lekkiej sprzeczki na temat zasad obowiązujących w grze. Sytuacja na chwilę się uspokoiła tylko po to by doszło do kolejnej kłótni, tym razem penny’ego z Mandem. Ostatecznie ten drugi postanowił opuścić pomieszczenie. Jeszcze nigdy na zjeździe nie było żadnych spięć, także już teraz wspominamy to z uśmiechem na twarzy jako zjazdową ciekawostkę.

 

Poniedziałek to dzień przetasowań w grupie, burial i Karina musieli zakończyć pobyt na zjeździe i wrócić do obowiązków służbowych, w ich miejsce natomiast pojawili się Formoraig i Megi. Przez zaledwie kilka godzin byliśmy więc w komplecie (no, poza Mandem, który leżał martwy w pokoju) i podczas jednoczesnych pożegnań i powitań stanęliśmy do zbiorowego zdjęcia (no, poza Mandem, który nadal leżał martwy w pokoju). Ten dzień to także kontynuacja planu „nie siedzimy w domu”. Postanowiliśmy więc wybrać się w góry, w końcu wakacje w Karpaczu zobowiązują. Oczywistym wyborem było wejście na Śnieżkę. Martwy Mando musiał pozostać w domu a pod opiekę na ochotnika wziął go Sick, choć w rzeczywistości powody jego pozostania w domu były mniej altruistyczne, po prostu czuł się niewiele lepiej od kolegi po balowaniu poprzedniego wieczora. Co ciekawe to właśnie tego dnia poleciały jedyne dwa filmy zjazdu, które nie miały nic wspólnego z Kingiem, horrorem, ani nawet nie były pełnometrażowe. Chłopaki obejrzeli dwa amatorskie fanfilmy Star Wars i sporo pogadali o komiksach, choć była to rozmowa przerywana snem i sprintem do ubikacji 🙂 Ogólnie, jak podsumował to Sick, był to najlepszy dzień zjazdu tylko, że większość sobie gdzieś poszła 🙂

Reszta uczestników wyruszyła przez miasto kierując się pod wyciąg krzesełkowy. Podzieliśmy się bowiem na dwie grupy, tych co woleli na górę wjechać i z niej zjechać i na prawdziwych hardcorów, którzy chcieli zmierzyć się z górą jak przystoi. Po drodze trafiliśmy pod piękny wodospad, przy którym zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek i kilka zdjęć. Po dotarciu pod wyciąg podzieliliśmy się na dwie grupy: nocny, Kasia, Vampires, kh, Crushed, Fomoraig, Megi i mucioo zdecydowali wyruszyć na pieszą wyprawę, Jula, Tenar, penny, Vuko, Mandriell i Alicja skorzystali z pomocy kolejki linowej. Grupa pierwsza po dość długiej wędrówce dotarła do schroniska gdzie się posiliła i odpoczęła. Po wznowieniu drogi dotarli do rozwidlenia, które prowadziło albo w górę na Śnieżkę albo w dół do Samotni. Jako, że była już późna godzina i mogłoby nie starczyć czasu by wrócić przed zmrokiem, grupa udała się do Samotni, naprawdę pięknego miejsca. Tymczasem grupa druga zjeżdżała już kolejką w dół. A propos tej ekipy nie mozna nie wspomnieć o zabawnym wypadku jaki im się przytrafił. Tenar skacząc z kamienia na kamień wpadła do potoku brodząc po pas w wodzie. Pierwsza ekipa w drodze powrotnej skierowała się jeszcze do Świątyni Wang, słynącej z tego, że została zbudowana bez użycia choćby jednego gwoździa.

 

Po krótkim postoju skierowali się do domu by tam już wszyscy razem mogli rozpocząć kolejne wieczorne biesiadowanie przy grillu i sziszy. Jednak niedługo po rozpoczęciu kolacji zerwała się potężna burza zmuszając nas do pośpiesznej ucieczki do domu. Wieczór okazał się jednym ze spokojniejszych fragmentów zjazdu, ale dzięki temu zaowocował wieloma ciekawymi rozmowami na temat filmów czy komiksów, które dla odmiany nie kończyły się impulsywną wymianą zdań, ani walką o dominację jednej ekranizacji ‚Lśnienia’ nad drugą (co już się w przeszłości zdarzało :-)).

 

Wtorek to bardzo wczesna pobudka, bo już o 7 rano. Kiedyś o tej porze chodziliśmy spać, więc to kolejna nowość na zjeździe 🙂 Powodem był wyjazd do Skalnego Miasta w Czechach. Wycieczka bardzo udana, przez 3 godziny spacerowaliśmy wśród skał podziwiając uroki przyrody i próbując odnaleźć podobieństwa w skałach do elementów rzeczywistych, o jakich mówił przewodnik. W trakcie wędrówki trafiliśmy do malowniczego jeziorka, które przepłynęliśmy łódką w obie strony. Czas umilał nam czeski przewodnik opowiadając kilka zabawnych anegdot. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na zakupy, gdzie niemal każdy zaopatrzył się w pokaźne ilości czeskiego piwa, które miało być jedną z atrakcji nadchodzącego wieczoru.

 

Po powrocie do Karpacza część drużyny postanowiła wybrać się na zjeżdżalnie saneczkową. Okazało się to być rewelacyjnym pomysłem bo zabawa była fantastyczna. Wieczorem tradycyjnie już rozpaliliśmy grilla, sziszę, otworzyliśmy napoje i miło spędzaliśmy czas. Przed północą nocny, Kasia, kh i Sick postanowili wybrać się na spacer. Okazało się, że nasz dom znajduje się praktycznie na końcu drogi i dalej jest już tylko las. Przy obawach dziewcząt i namowach chłopców grupka postanowiła przy świetle gwiazd i telefonów komórkowych zagłębić się w mroczne leśne ścieżki. Vampires i mucioo zaopatrzeni w latarkę postanowili do nich dołączyć i trochę ich nastraszyć. Gdy skończyła się już także leśna ścieżka i zaczęła absolutna głusza i ciemność dziewczęta bardzo stanowczo zażądały powrotu do domu. Tam postanowiliśmy pograć w bilarda oraz w Tabu. Ta druga gra toczyła się do 2 w nocy przy udziale nielicznych już uczestników i dostarczyła największej ilości żartów i śmiechu podczas całego zjazdu.

 

Piąty dzień, środa to już śniadanie, pakowanie się, luźne, leniwe pogawędki przed domem, pożegnania i wyjazd.

 

Był to kolejny udany zjazd, kolejne spotkanie ze znajomymi i co najlepsze z kilkoma nowymi osobami, które już zapowiedziały przyjazd na następne spotkanie. Cieszymy się z takiego obrotu spraw i właśnie planujemy 16 Zjazd, który odbędzie się na przełomie grudnia i stycznia. Do zobaczenia.