Zjazd nr 14 – Rozalin 2009

Po zeszłorocznej majówce, która odbyła się w Kobylej Górze, postanowiliśmy z każdym kolejnym zjazdem zmieniać miejsce. Udało nam się to dokładnie 2 razy 🙂 a już po roku, co prawda bardzo niespodziewanie, powróciliśmy na stare rozalińskie śmieci. Była to już nasza czwarta wspólna majówka i jak co roku najważniejszym wydarzeniem było świętowanie kolejnej – siódmej już – rocznicy powstania serwisu StephenKing.pl. Po raz siódmy też (co stanowi 50% dotychczasowych zjazdów) zameldowaliśmy się w „Wygodzie”, ponownie wynajmując całą willę (choć ostatecznie zajęliśmy tylko górę, a dół pozostał niezamieszkany). Było nas w sumie 15 osób: nocny, Kasia, szalonaga, gage, Mando, Jula, Mike Draven, ingo, Moniqee, Vampires, Monia Vampiresowa, burial, pennywise, RyszarT oraz Umbrifer.

 

Jako, że majowy weekend w tym roku przypadł wyjątkowo niekorzystnie, zjazd zaplanowany został tylko na 3 dni, a co za tym idzie, przyspieszyliśmy nieco nasz przyjazd. Pierwsi forumowicze zawitali w Warszawie już o 6:00 rano. Z racji tego, że był to 1 maja, „Dziesiątka” (jak prawie wszystko inne) była zamknięta i trzeba było gdzieś przeczekać następne godziny. Niebawem okazało się, że autobusy do Rozalina już od dawna nie kursują (o czym zapomnieliśmy przez ten rok) i trzeba było się przegrupować i zorganizować dojazd na własną rękę. Z pomocą przyszli Vampires i burial, którzy dowieźli pierwszą grupę na miejsce. Grupę drugą, kilka godzin później zabrał Umbrifer.

Pierwsi zjazdowicze rozpoczęli tradycyjne strojenie sali, które z roku na rok przybiera coraz większe rozmiary. Nocny zapomniał zabrać ze sobą balonów z napisami i świeczek, ale poradziliśmy sobie bez tego, osobną paczkę balonów przywiózł ingo. On też zaopatrzył nas w piszczałki i pistolety z serpentynami. Burial zabrał ze sobą kilka wydruków, jako, że wypadało zacząć przyzwyczajać się do polskiej okładki ‚Po zachodzie słońca’, to właśnie piernikowa dziewczyna królowała na ścianach. Mando natomiast dostarczył wielki banner o wymiarach 1m x 3m, który wspólnymi siłami rozwiesiliśmy na poręczy. W tym roku znacznie lepiej zaplanowaliśmy też produkcję tortu urodzinowego. Rolę szefa kuchni ponownie przyjęła Jula, serwując dla nas nie lada smakołyk, który tym razem został ozdobiony jadalnym wydrukiem na masie cukrowej, przygotowanym specjalnie na tę okazję (co stanowi niesamowity rozwój w porównaniu z zeszłorocznym „okiem” z dżemu i wiórków kokosowych :-))

 

Oczekując na przyjazd drugiej grupy część osób zasiadła do kuchennego stołu by porozmawiać na tematy różnorakie, a pozostałe osoby w salonie rozpoczęły grę w Monopoly.

 

Niedługo potem pojawiła się reszta zjazdowiczów. Po powitaniach, rozpakowaniu się i krótkim czasie beztroskiego nicnierobienia dość niespodziewanie odbył się szumnie zapowiadamy mecz siatkówki. I trzeba przyznać, że drużyna Carpe Noctem (choć chyba bardziej adekwatną nazwą będzie „Reszta Świata” lub „Rezerwy SK.pl”, gdyż połowa drużyny była w koszulkach kingowych, a nie było nikogo z redakcji CN :-)) znalazła wreszcie patent na team StephenKing.pl. Wystarczyło wyczekać aż się nieco zmęczymy i z zaskoczenia wyskoczyć z napinką przedmeczową. Jak wie każdy uczestnik zjazdów, mecze ZAWSZE odbywały się drugiego dnia, a NIGDY pierwszego, a że tchórzami nie jesteśmy to wyzwanie przyjęliśmy i pierwszy raz w historii przegraliśmy. Trzeba jednak zaznaczyć, że wszyscy obserwatorzy tego wydarzenia byli zdania, że było to zagranie poniżej pasa ze strony drużyny przeciwnej. Tak jak co roku mecze były arcydziełem wizualnym, nektarem dla oczu i radością w sercach kibiców żądnych mocnych wrażeń (wiele akcji zespołowych przeszło już do historii), tak tym razem tego wszystkiego po prostu zabrakło. Mecz był jałowy, akcje drętwe, a całe wydarzenie w zasadzie nie zasługuje nawet na odnotowanie. Wypada zaznaczyć, że dzień później odbył się rewanż, ale mimo że już rozegrany na spokojnie, również zakończył się naszą porażką. Zaburzenie planu rozgrywek z dnia pierwszego zbyt mocno wpłynął na dekoncentracje naszego zespołu. Na szczęście statystyki i cała historia rozgrywek nadal jest po naszej stronie.

 

Po meczu połowa naszej drużyny zasnęła, co było tym bardziej dziwne, gdyż w zasadzie nienaturalne. Ścięło nas jakby ktoś nam czegoś dosypał do napojów, ale oczywiście niczego nie insynuujemy 🙂 Na szczęście personel SK.pl w tym roku spisał się na medal i zawczasu obudził nocnego i Mando na uroczystość urodzinową. Tort okazał się tak samo dobry w smaku jak w wyglądzie, ale sama uroczystość odbyła się bez jakichś większych fajerwerków. Tego wieczoru, mimo wcześniejszych zapewnień o zjeździe bez telewizji, podjęto też kilka prób uruchomienia dvd, ale dzięki Kasi, która zapomniała zabrać pilota, udało nam się zrealizować to co sobie przed wyjazdem zakładaliśmy – zjazd bez filmów.

 

Dzień drugi (Święto Flagga) to od samego początku nasiadówa na świeżym powietrzu. Począwszy od aktywnego wypoczynku (frisbee i piłka nożna), a skończywszy na zwykłych dyskusjach na słońcu. W międzyczasie odbył się też wspomniany wcześniej drugi mecz, o którym nie ma sensu się zbyt wiele rozwodzić. Choć przyznać trzeba, że tym razem gra kleiła się już znacznie lepiej i udało się stworzyć całkiem przyjemne dla oka widowisko.

 

Wieczorem zorganizowaliśmy zjazdowe ognisko, a tym samym udało się zamknąć zjazd imprezą plenerową. Impreza trwała do rana, a podczas niej spaliliśmy Pani Gospodyni połowę sterty chrustu, która sądząc po wielkości przeznaczona była na kilka lat. Mniej więcej w połowie imprezy odbyło się też rytualne spalenie kart z ‚High School Musical 3’, które z rana kupił Rychu (największym powodzeniem cieszył się Zac :-)). Kilka osób zabawiło się też w tworzenie jak największego ogniska na szerokość a następnie na wysokość. Inną dość osobliwą rozrywką uczestników ogniska była zabawa po tytułem „wystrasz nocnego”. Tajemnicze i pochodzące z nieustalonego do tej pory źródła odgłosy jakie wydobywały się spomiędzy zarośli podsunęły kilku osobom pomysł na żarty, kórych ofiarą co chwila padał nocny, który dość impulsywnie reaguje na straszenie 🙂 Plenerowe biesiadowanie obfitowało w wiele pokojowych i kilka agresywniejszych dyskusji. Podczas tegorocznej majówki, w ogóle poruszyliśmy sporo kingowych tematów, począwszy od tych błahych, a skończywszy na omówieniu poważnych planów na przyszłość i przedyskutowaniu kilka pomysłów na przyszłe imprezy.

 

Niestety dzień trzeci był dniem wyjazdów. Od rana trwało sprzątanie i pakowanie, a w południe trzy grupy wyruszyły w drogę powrotną. Jedynym minusem zjazdu okazała się jego długość. W zasadzie, jako że my honorowi ludzie jesteśmy, nawet porażki meczowe przyjęliśmy z godnością oraz bez zbędnych komentarzy i agresywnych podjazdów 🙂 Podczas zjazdu udało nam się wygrać z rozalińską monotonią, która 1,5 roku temu spowodowała, że zaczęliśmy rozglądać się za innymi miejscówkami. Był to na pewno pierwszy tego typu zjazd rozaliński. Przyszłe spotkania planujemy organizować w nowych miejscach, ale zapewne kiedyś jeszcze powrócimy do „Wygody”. Na chwilę obecną pewne jest, że następne spotkanie fanów już w sierpniu w Karpaczu, na które zapraszamy wszystkich miłośników Stephena Kinga. Wystarczy zarejestrować się na forum i zabrać głos w odpowiednim temacie.