Zjazd nr 13 – Toporzyk 2008/9

Podbudowani poprzednim bardzo udanym zjazdem, postanowiliśmy wprowadzić w życie pomysł aby każde spotkanie organizować gdzie indziej, tym samym tegoroczny Sylwester po raz pierwszy odbył się w całkowicie nowym i niesprawdzonym miejscu. Tym razem frekwencja dopisała i choć trzynasty zjazd ostatecznie okazał się bardzo pechowy i spotkanie zakończyliśmy zdziesiątkowani chorobami, to na miejscu, w ‚Dolinie Trzech Stawów’ w Toporzyku, stawiliśmy się zwarci i gotowi, w składzie: ingo, Karolina, pennywise, Wiola, Monique, Mike Draven, Crushed, Mando, nocny, Gage, SzalonaAga, Kamil, Tenar, Infinitus, Inficat, RyszarT, Vampires.

 

Pierwszy dzień różnił się trochę od tradycyjnego zjazdowego otwarcia. Toporzyk nie leży koło żadnego większego miasta, przez co dojazd był nieco utrudniony. Jedyną możliwością było dojechanie PKSem do Połczyna Zdroju, a że ten do metropolii nie należy i wyjazd z niego jest dość mocno ograniczony, nie można było czekać na dojazd wszystkich grupek i każdy na własna rękę docierał do miejsca docelowego. A dokładniej powstały 4 grupki. Pierwsi na miejsce trafili ingo, Karolina, pennywise i Wiola, a niewiele później dołączyli do nich Monique i Mike Draven. Około 16:30 do Połczyna zawitali CrusheD i Mando, którzy z kolei mieli poczekać już na grupę szczecińską. Niestety w Połczynie nie znaleźliśmy żadnego odpowiednika warszawskiej ‚Dziesiątki’ więc oczekiwanie na szczeciniaków przebiegło przy kawie w dworcowym barze. Po przybyciu pięcioosobowej grupy ze Szczecina, niektórzy zrobili zakupy i grupa dojechała taksówką do Toporzyka, a sama droga miała aż za dużo wspólnego z horrorem – domek znajdował się na pustkowiu i trzeba było dojechać do niego długą, nieoświetloną dróżką.

 

Na miejscu czekał nas niemały szok. Ośrodek ‚Dolina Trzech Stawów’ robi naprawdę kolosalne pierwsze wrażenie. Dwa piętra, ogromny salon, wielkie pokoje, a w każdym z nich łazienka, oprócz tego trzy telewizory i kominek. Jak się potem okazało są i minusy – w kominku trzeba palić by ogrzać te dwa piętra, a tym samym momentami było zimno, ciepła woda nie zawsze była w wystarczającej ilości. Tak czy inaczej miejscówka okazała się strzałem w dziesiątkę. Po rozpakowaniu usiedliśmy do pierwszego biesiadowania oraz tradycyjnej wymiany i chwalenia się gadżetami (nocny przywiózł ‚Just After Sunset’ i płytkę dvd z ‚N.’, ingo kartonowy stand do księgarni z ‚Ręką mistrza’, a Mando ‚Dark Tower IV’ z Granta, ‚Green Mile’ w jednym tomie ze Scribnera i stary polski zin ‚Kwazar’ z dwoma opowiadaniami Kinga).

 

Około 23:00 w końcu dojechała do nas ostatnia grupa warszawsko-pabianicka. Jak się okazało jechali oni od drugiej strony, a tym samym przejechali jeszcze większe pustkowia, minęli dziki, sarny i… ostatecznie również nasz dom. Szefostwo jednak okazało się czujne i zawróciliśmy samochód telefonicznie. W komplecie opiliśmy urodziny Mike’a Dravena, a wspólny wieczór przy stole zakończył się około 6:00 – 7:00 rano, gdy spać poszły ostatnie niedobitki. Warto wspomnieć, że nocny, którego ok. północy zmogła choroba, do 6:00 rano miał gorączkowe majaki i wydawało mu się, że jest workiem chrustu, który może się rozpaść, gdy będzie się przewracał z boku na bok. Było nam go bardzo żal 🙂

Drugi dzień rozpoczął się od kilku filmów. Na pierwszy rzut poszedł ‚Planet Terror’, a następnie ‚Pitch Black’, którego i tak chyba nikt nie oglądał. RyszarT wyciągnął resztki wczorajszej whisky i niektórzy rozpoczęli już świętowanie sylwestrowe. Chwilę później swoją whisky przyniósł ingo i zabawa rozkręciła się na dobre. A jako, że czasu do wieczora jeszcze sporo, to standardowo zaczęliśmy grać w Kalambury. Rozgrywka była trudna, gdyż ekipa StephenKing.pl w zasadzie cały czas przegrywała jednym punktem. Ostatecznie jednak i tak 3 punkty trzeba było zapisać na nasze konto, gdyż przeciwnicy zrezygnowali z gry. Rozochoceni majową grą pod hasłem „Dajemy Pavlowi same filmy z małpą w tytule” postanowiliśmy zmodyfikować zabawę – „Dajemy Ryśkowi tylko filmy o samolotach” – ale nie wyszło tak zabawnie jak na poprzednim zjeździe… NOT.

 

Sama zabawa sylwestrowa okazała się nieco spokojniejsza niż to co działo się w Rozalinie. Do zjedzenia udało nam się jedynie przyrządzić sałatkę z fetą oraz barszcz i paszteciki. Zabrakło również fajerwerków, które mocno urozmaicały rozaliński wieczór sylwestrowy. Tym razem jedynie złożyliśmy sobie życzenia na zewnątrz i wróciliśmy do domu. Jedyne światełka, które rozjaśniały niebo, były na horyzoncie. Wieczór ponownie zakończył się nad ranem, gdy ostatnie niedobitki zawędrowały do pokoi. Niestety dla niektórych z nas był to już ostatni normalny wieczór.

 

KAŻDY CHCE WYGLĄDAĆ JAK NOCNY… (sesja w kapeluszu)

 

…ALBO CHOCIAŻ JAK MACIUŚ (sesja w różnych rzeczach)

 

Trzeci dzień rozpoczęliśmy zdziesiątkowani chorobą. Nocny ledwo się ruszał, a Mando wstawał z łóżka tylko okazjonalnie. Między innymi po to by przysiąść do hitowych filmów zjazdu. Tym razem był świąteczny klimat i rozpoczęliśmy od „Cicha Noc, Śmierci Noc”, by następnie przejść do dwóch części „Jacka Frosta”, czyli mordującego, zmutowanego bałwana. Tym razem było inaczej niż rok temu i seans cieszył się dużym zainteresowaniem (co zważywszy na tematykę jest faktem wartym odnotowania). Nauczyliśmy się m.in. tego by nie jeść żółtego śniegu i sprawdzać czy w naszej wannie nie pływa przypadkiem jakaś marchewka 😉 . W tym czasie część zjazdowiczów (Vampir, Rychu, Infi i Inficat) wybrała się na wycieczkę do Kołobrzegu by pospacerować po plaży. Przez mocno niesprzyjające warunki panujące na drogach zaliczyli malutką stłuczkę. Kilka wieczornych godzin spędziliśmy na zjazdowej nowości. Inficat przywiozła grę planszową Arkham Asylum (której zasad niestety nawet ona dobrze nie znała, nie mówiąc już o innych osobach), ale zabawa była przednia. Polegała ona na walce z Wielkimi Przedwiecznymi. Do gry przysiadł się nawet schorowany nocny (zamienił się dogorywaniem w łóżku z Mando), który ostatecznie wygrał całą rozgrywkę. Pierwszą osobą, która odpadła był ingo, który przez niewiedzę i podstępy innych graczy zaginął gdzieś w czasie i przestrzeni…

 

Godziny nocne znowu upłynęły pod znakiem rozmów o wszystkim przy piciu wszystkiego. O ile jeszcze w pierwszą noc udało nam się rozmawiać o takich pisarzach jak Mickiewicz, czy Słowacki, to tym razem głównym tematem była śmierć i twórczość Rocco, artysty zwanego również Włoskim Ogierem. Informacja o jego śmierci zasmuciła wielu zjazdowiczów…

Czwartego dnia w godzinach rannych (tj. o 12.00) w podróż powrotną wyruszyła czwórka zjazdowiczów. Opuścili nas Infinitus, Inficat, RyszarT, Vampires. Podczas gdy Mando cały dzień spędzał w łóżku, reszta uczestników wybrała się na spacery po pobliskich terenach. Podobno były gdzieś tam wąwozy. Nie udało nam się ustalić ich dokładnego położenia i zobaczyliśmy jedynie pobliskie stawy wędkarskie.

 

W środku dnia odbył się jedyny kingowy seansik. Udało nam się obejrzeć serial „N.”, który oglądając w całości robi jeszcze lepsze wrażenie niż oglądając w odcinkach.

Wieczorem drużyna, której trzonem byli redaktorzy sk.pl czyli ingo i nocny postanowili dać szansę odegrać się drużynie przeciwnej w Kalambury. Była to historyczna gra, która dała nam się wszystkim we znaki, ponieważ trwała ponad 7 godzin! Mando dwukrotnie zdążył się przebudzić w gorączce aż wreszcie względnie ozdrowiał, wykąpał się i dołączył jeszcze na parę kolejek (jako ciekawostkę można podać, że wtedy znów zmogło nocnego, chłopaki systematycznie wymieniali się w łóżku w trakcie tego zjazdu :-). Podczas gdy SK.pl prowadziło już pięcioma punktami, to przeciwnicy nie chcieli oddać zwycięstwa tak jak poprzednim razem. Ale jeżeli nawet osoby uważające się za fanów Kinga nie potrafią pokazać filmu ‚1408’ nie ma się co dziwić ich kolejnej porażki. Ostatecznie kapitan przeciwników skapitulował i redakcja SK.pl po raz drugi stanęła na podium. Prawdziwy nokaut. Choć w ten sposób zrekompensowaliśmy sobie brak turnieju siatkarskiego (który nie odbył się w zasadzie tylko przez chorobę).

 

Piaty dzień to stopniowe wykruszanie się zjazdowiczów. Jako pierwsi (godz. 8:00) wyjechali Karolina i ingo, którzy tym razem nie dopełnili tradycji zjazdowej i nie spóźnili się na autobus, a razem z nimi zabrali się Mike, Monique, pennywise i Wiola. Przed godz. 13:00 wymeldowała się ostatnia grupa. Szczeciniacy bez problemu dotarli na miejsce, a dla CrusheD i biednego schorowanego Mando zjazd miał się jeszcze trochę przeciągnąć. Pierwszy autobus nie zabrał ich, a następny spóźnił się 1,5 godziny co zaowocowało 5-godzinną nasiadówą na dworcu w Połczynie Zdrój. Nie było to miłe. Ostatecznie zjazd dla większości okazał się udany, inni chcą go jak najszybciej zapomnieć, ale ogólnie nie było źle i już umawiamy się na kolejne spotkanie. Tym razem wakacyjne biorąc pod uwagę w jak nieludzki sposób umiejscowiony został w tym roku majowy weekend.