Zjazd nr 12 – Kobyla Góra 2008

Zmęczeni nieco rozalińską monotonią, tegoroczną majówkę postanowiliśmy spędzić w całkowicie nowym miejscu. Niestety poskutkowało to drastycznym spadkiem frekwencji, jednak jak to często bywa, ilość niekoniecznie idzie w parze z jakością. Zjazd był kameralny, ale na brak atrakcji nie dało się narzekać. Nowe miejsce okazało się strzałem w dziesiątkę, a nowe twarze przerwały męczącą już trochę monotonię, którą dało się odczuć podczas poprzedniego zjazdu. Tegoroczną majówkę, połączoną z obchodami 6 rocznicy serwisu StephenKing.pl, spędziliśmy w ośrodku „Wagabunda”, w miejscowości Kobyla Góra, w składzie: mucioo (organizator, a jednocześnie pierwszy raz na zjeździe), Mando, Jula, ingo, nocny, Kasia nocna, pennywise, pennywise’owa, Gage (drugi debiutant zjazdowy), Pavel oraz ofca.

 

Pierwszy dzień przebiegał troszkę inaczej niż na poprzednich zjazdach. Dojazd wyglądał na podobnej zasadzie jak do Rozalina, czyli spotkanie w dużym mieście (tym razem był to Wrocław a nie Warszawa) i stamtąd podróż autobusem to małej miejscowości. W taki sposób na miejsce dotarli Mando, nocny, Gage, Jula i Kasia, już w autobusie przynajmniej dwie osoby wzniosły pierwsze toasty. Pavel i ofca we Wrocławiu pojawili się dzień wcześniej, a w pierwszy dzień zjazdu, na miejsce docelowe dotarli samochodem wraz z Pennym. Ingo dojechał pociągiem do Ostrzeszowa, skąd odebrał go Pavel. Tak też, w dziesięcioosobowym składzie, dotarliśmy do „Wagabundy”. Nasz domek okazał się mieć kilka wad technicznych, jak na przykład odpadające drzwiczki od zamrażalnika czy niezamykająca się lodówka. Niezrażeni jednak takimi drobiazgami i po szybkim znalezieniu rozwiązania dla otwartej lodówki rozpoczęliśmy biesiadowanie.

 

Pierwszego dnia, ze względu na porę, atrakcje były już niewskazane. Zrobiliśmy sobie spacerek po lasku wkoło jeziora, zawody w turlaniu się z góry, które dostarczyły mnóstwo śmiechu aż dotarliśmy do pizzerii. Po powrocie zasiedliśmy do stołu, aby przy obficie polanych trunkach, wspólnie spędzić wesoło czas. Wcześniej planowaliśmy tradycyjne świętowanie urodzin serwisu, ale brak miksera uniemożliwił nam zrobienie tortu, a tym samym impreza została przełożona na dzień następny. Tak czy inaczej bawiliśmy się wyśmienicie. Odtwarzacz dvd, który przywiózł Mando nie został nawet rozpakowany, czym złamaliśmy kolejną rozalińską tradycję gnicia przed telewizorem. Co ciekawe, dvd nie zostało rozpakowane do końca zjazdu, przez co tegoroczna majówka stała się drugim zjazdem bez filmów (a pierwszym z własnego wyboru).

 

Pierwsza noc okazała się powrotem do szlagierowej zabawy zjazdowej – filmowych kalamburów, co zaowocowało kilkoma godzinami szaleńczego śmiechu i niestworzonych tytułów, które już na stałe zagrzeją miejsce w opowieściach zjazdowych. W międzyczasie, po tym gdy Pavel naprowadzając swoją drużynę na zgadnięcie hasła pokazał ruchy małpy, drużyna w składzie nocny, ingo, Mando, Gage wymyśliła sobie zabawę pod nazwą „Dajemy Pavlowi same filmy z małpą w tytule” co okazało się tak zabawne, że aż niebezpieczne.

 

Drugi dzień (Dzień Flagga) rozpoczął się od wspólnego śniadania na świeżym powietrzu. Potem kilka osób zaczęło „grać” w Zośkę i stopniowo do „gry” dołączyli się prawie wszyscy zjazdowicze. Naszym celem było odbicie Zośki 19 razy, ale zadanie przerosło trochę nasze możliwości. W końcowej fazie wprowadziliśmy nowe zasady – „Kto zatrzyma grę, ten robi tyle pompek ile było odbić”. Wesołe widowisko. Następnie doszło do powrotu jednego z kluczowych punktów programu większości zjazdów – fetyszowych fotek wraz z przywiezionymi gadżetami. A trzeba przyznać, że w tym roku gadżety okazały się naprawdę cenne, o co zatroszczył się mucioo. Do swojej dyspozycji mieliśmy: ‚Secretary of Dreams vol 1’, ‚Nightmares In the Sky’, ‚Stephen King Trivia Book’, trzy egzemplarze komiksu ‚X-Men Heroes for Hope’ oraz dwie amerykańskie B5 – ‚Thinner’ i ‚Gerald’s Game’.

 

Po Zośce przyszedł czas na bardziej tradycyjne rozgrywki sportowe – siatkówkę. Plan był taki, aby rozegrać mecz o dominację w SK.pl. Dwóch kapitanów – nocny i Mando – po wnikliwej analizie, dokonało selekcji zawodników tworząc drużyny niemal idealne. Zapowiadała się niesamowicie emocjonująca walka, jednak w tym zestawieniu rozegrane zostało tylko kilka piłek. W międzyczasie odnaleźli się właściciele siatki, którą zawiesiliśmy bez pytania i po reprymendzie zaproponowali nam wspólny mecz. Przegraliśmy go, ale czego oczekiwać po drużynie zlepionej na szybko. Stworzone wcześniej dwa monolity, po złączeniu okazały się nieskuteczne. Oczywiście nie można odmówić nam ducha walki. Broniliśmy się dzielnie, ale nie ograniczaliśmy się tylko do defensywy, nie raz pokazując pazur. W zasadzie chłopaki cały czas czuli nasz oddech na plecach, jednak brak zgrania musiał przynieść porażkę. A trzeba przyznać, że przeciwnik był do pokonania. Prezentował klasę nieco wyższą niż nasz standardowy zjazdowy rywal – Carpe Noctem – ale do zawodowstwa brakowało im jednak sporo. Wynik meczu jest najmniej istotną sprawą, szczególnie, że kompletnie nie oddaje tego co działo się na boisku. Bo czymże jest głupie 3:0 w porównaniu z heroiczną walką o każdy punkt i szaleńczym wyścigiem o tryumf w kolejnym secie.

 

Po meczu poszliśmy do miasta, a spacer ten zaowocował zjazdowym mandatem #4 i #5 (pierwsze trzy przytrafiły się podczas trzeciego zjazdu w Toruniu) za spożywanie niedozwolonych substancji w nieprzeznaczonych do tego miejscach. Tym razem tym miejscem były okolice posterunku policji. Panowie policjanci okazali się jednak bardzo łagodni.

 

Julce udało się dogadać z kucharkami w stołówce i tak powstał tort do wieczornych urodzin. Następnie wybraliśmy się na wędrówkę do Mrocznej Wieży. Większość drogi pokonaliśmy autobusem, ale i tak czekał nas kilkukilometrowy Wielki Marsz. Szliśmy polami, stogami siana, jak i przez Ziemie Jałowe. Ostatecznie udało nam się dotrzeć do miejsca gdzie łączą się wszystkie światy. Podobne wycieczki planowaliśmy w zasadzie na kilku wcześniejszych spotkaniach, ale tym razem chyba po raz pierwszy udało nam się wprowadzić plany w życie. Bardzo miłe urozmaicenie.

 

Kres podróży Rolanda nie okazał się naszym kresem. Czekała nas jeszcze długa przeprawa przez las do opuszczonego kościoła. Droga ciężka i męcząca, ale efekt końcowy wart każdego wysiłku. Z planów odczytania w kościółku opowiadania ‚Dola Jerusalem’ nic nie wyszło, ale samo zwiedzanie ruin dostarczyło nie lada atrakcji.

 

Po powrocie, do naszej gromadki dołączyła Wiola pennywise’owa, przyszedł też czas na szykowanie urodzin i grill, jednak zmęczenie i obżarstwo położyło do łóżka dwóch solenizantów – najpierw Mando a niedługo później nocnego. Było to kolejne, do tej pory niespotykane na zjeździe zjawisko, by paść przed godz. 22:00… i to nie z przepicia:-)

 

Tego wieczoru odbyło się jeszcze kilka partyjek Darta a następnie zjazdowicze postanowili świętować urodziny SK.pl. Impreza odbyła się bez dogorywających nocnego i Mando, choć tort został wniesiony do pokoju na piętrze, aby panowie mogli uczestniczyć chociaż w zdmuchiwaniu świeczek. Świętowanie trwało jeszcze kilka godzin po północy aż większość poległa, a przy stole zostały niedobitki (choć przyznać trzeba, że te kilka osób wyrobiło normę za resztę:-))

 

Trzeciego dnia pierwsi wstali Mando i nocny. Na drzwiach swojego pokoju zastali wątpliwej jakości żart wykonany przez nieznanych do tej pory osobników zamieszkujących dolną część domku. Sytuację uratowała Kasia czerpiąc z podobnych żartów, które rozpoczęły się na jednym z poprzednich zjazdów 😉 Chłopaki zrobili sobie swoje własne urodziny z resztą tortu, zużytymi świeczkami, browarkiem i masakrycznie zmrożonym gruszkowym Absolutem z colą.

 

Następnie rozegraliśmy kolejne dwa mecze siatkówki. Tym razem założenie było takie by grać o dominacje na kampingu. My kontra nasi sąsiedzi z domku nr 6, którzy odnieśli dzień wcześniej niezasłużone zwycięstwo. Tym razem też im się to niestety udało… dwukrotnie. Tym co nas zgubiło było zbyt wielkie zaangażowanie zjazdowiczów w sprawy sportowe. Nasza drużyna składała się z 8 osób i trzeba było wprowadzić system zmian. Początkowo, grając w jednym składzie, gromiliśmy przeciwnika, lecz gdy system został wprowadzony w życie, coś zazgrzytało w trybach tej maszyny. Przegraliśmy na własne życzenie, ale taka przegrana absolutnie nie hańbi. Zeszliśmy z boiska z podniesionymi głowami jako drużyna, która potrzebowała czasu, aby się doszlifować, ale ostatecznie powstała. Pierwszy mecz przegraliśmy 3:0 (choć przeciwnik musiał nam siłą wydzierać każdego seta), drugi 2:1 (tutaj już był prawdziwy horror) i gdybyśmy tylko zagrali trzeci mecz (przeciwnik wyczuł co się święci i czmychnął z boiska) zwycięstwo byłoby nasze.

 

W południe zrobiliśmy kolejną wycieczkę wokół jeziora, trafiając na symboliczny żydowski cmentarzyk, na którym nagraliśmy filmik ‚Dzień żywych trupów’.

 

DZIEŃ ŻYWYCH TRUPÓW

 

DZIEŃ ŻYWYCH TRUPÓW – BEHIND THE SCENES

 

Następnie zorganizowaliśmy kolejne wspólne turlanie z góry (tym razem synchroniczne) ku uciesze licznych przechodniów, odwiedziliśmy pobliski staw, a na koniec wylądowaliśmy w knajpce na partyjce bilarda, pizzy i zimnym piwku.

 

Wieczorem mucioo zorganizował w pobliskim lesie strzelanie z wiatrówki do puszek. Po drodze trafiliśmy do kolejnego opuszczonego kościoła i nad mały staw. Tak zleciało nam sporo czasu, aż przywitani mrokiem, zwinęliśmy żagle i poszliśmy w stronę naszego kampingu by zorganizować pożegnalne ognisko.

 

Zważywszy iż wokół miejsca wyznaczonego na tę atrakcję nie było żadnego drewna a okolice spowite były całkowitym mrokiem nocy, w zadziwiająco łatwy sposób udało nam się zebrać mnóstwo gałęzi i pieńków co pozwoliło nam rozpalić piękne, duże ognisko. Z pobliskiego ogródka piwnego „pożyczyliśmy” ławę i stół i rozpoczęliśmy pieczenie kiełbasek. Po dłuższym już biesiadowaniu postanowiliśmy zadzwonić do kilku nieobecnych na zjeździe forumowiczów. Sickowi odśpiewaliśmy nasz zjazdowy kingowy hymn z nieco zmodyfikowanym tekstem 😉 Gdy ognisko zaczęło dogasać wróciliśmy do domku by przespać choć kilka godzin przed powrotem do domu dnia następnego.

 

Czwarty dzień to pożegnanie i powrót do domów. Bardzo wczesnym rankiem Pavel, ofca, Mando i Jula pojechali samochodem do Wrocławia a reszta poczekała na autobus odjeżdżający około południa. Mucioo jako „miejscowy” pozostał jeszcze w Kobylej Górze natomiast nocny, Kasia i Gage postanowili pozwiedzać Wrocław. A jako, że dodatkowo mieszkają w najdalszym miejscu od Kobylej Góry, do domów dotarli kilkanaście godzin po pozostałych uczestnikach spotkania.

 

12 zjazd był wyjątkowo udanym spotkaniem. Od jakiegoś czasu dało się wyczuć pewien marazm spowodowany tą samą miejscówką. Zmiana otoczenia to strzał w dziesiątkę, okazało się, że był to najlepszy zlot od czasu słynnej jesieni 2005, kiedy to w ciągu 4 miesięcy mieliśmy 3 zjazdy uważane za absolutnie najlepsze w historii. Już planujemy wakacyjny zjazd, który znów odbędzie się w jakimś nowym, nie odwiedzanym przez nas wcześniej miejscu.