Zjazd nr 10 – Rozalin 2007

Majówka roku 2007 to podwójny jubileusz i podwójna okrągła rocznica. Z jednej strony doczekaliśmy się 10 Zjazdu Forumowiczów, a z drugiej świętowaliśmy 5 urodziny serwisu StephenKing.pl. To już drugi raz gdy wspólnie spotkaliśmy się w majowy weekend, jednak tym razem wybraliśmy sprawdzony już Rozalin, który przez te lata stał się głównym miejscem naszych spotkań. Po raz 6 zameldowaliśmy się w „Wygodzie”, ponownie wynajmując całą wille. Było nas w sumie 22 osoby: nocny, Kasia nocna, ingo, Tenar, Mando, CrusheD, Corrie Swanson, SickBastard, Moniqee, Mike Draven, Umbrifer, Vampires, LadyVampire, Infinitus, pennywise, Xavier, stefaniakrol, Pavel, Ania Pavlowa, Magda, Karina burialowa, burial (wszyscy wymienieni w kolejności całkowicie przypadkowej 🙂

 

Pierwszy dzień to złamanie w zasadzie wszystkich tradycji zjazdowo-rozalińskich. Po raz pierwszy podzieliliśmy się na małe grupki, które samodzielnie dojeżdżały do Rozalina. Po raz pierwszy ominęliśmy też bar „Dziesiątka”. W Warszawie, dzień wcześniej zameldowali się już Sick, Mike i Moniqee, których pod swoje skrzydła przyjął Infi, i to oni właśnie (wraz z Umbriferem) jako pierwsi pojawili się na miejscu następnego dnia. Pani Gospodyni wręczyła im wszystkie rzeczy jakie zostały po nas z wcześniejszych zjazdów, w skład których wchodziły m.in.: litrowa butelka miodowo-cytrynowej wódki pennego z ostatniego Sylwestra oraz Siekierezada Stefy (jak zgrabnie obliczyliśmy najprawdopodobniej zachowała się ona z Sylwestra 2005 :-)). Wszelki płynny asortyment ustawiono na stole zaś po przyjeździe buriali przystąpiono do konsumpcji. W tym czasie Mando samotnie siedział sobie przy kufelku piwka, z ‚Bastionem’ w ręku, w knajpce o nieznanej nazwie na Dworcu Zachodnim. Tak też zastała go para Vampirów, a następnie CrusheD i Corrie. Po pojawieniu się Stefy i Xaviera, nie bez problemów, doczekali się wreszcie autobusu i dotarli do Rozalina, gdzie powitały ich, szeroko uśmiechnięte gęby pierwszych biesiadników. Nowo przybili dołączyli do zabawy, umilając sobie czas w oczekiwaniu na ostatnią tego dnia grupę. W tym czasie ekipę szczecińsko-poznańską odebrał Vampires i po obskoczeniu supermarketu, jako ostatni dojechali w miejsce docelowe.

Gdy już wszyscy byli na miejscu rozpoczęła się tradycyjna wymiana kingowymi gadżetami (w tym największa w historii wymiana między nocnym a ingo, której szczegóły bardzo długo uzgadniano wcześniej na gg) oraz rozdawanie podarunków. W obieg poszły książki (polskie i amerykańskie B5), gadżety promocyjne (plakaty, kartony reklamowe, książeczki z fragmentami, zakładki itd.) i inne nieco cenniejsze rzeczy. W międzyczasie odbyła się nieplanowana zrzuta na odtwarzacz dvd, dmuchanie balonów, rozdanie piszczałek (pomysł, który ostatecznie nie każdemu się spodobał :-)), a potem przyszedł czas na zabawę urodzinową.

 

Cały biesiadny wieczór obfitował w wiele ciekawych dyskusji, ale na czoło zdecydowanie wybiły się dwie z nich. Pierwsza dotyczyła serialu ‚Marzenia i koszmary’. Rozwinęła się bardzo żywa rozmowa, w której w ruch poszły bluzgi, krzyki a nawet pięści 🙂 Po kolei omówiliśmy chyba każdy odcinek i ani razu nie doszliśmy do porozumienia. Druga rzecz to nieśmiertelny temat wśród Kinowców – Mick Garris. Temat, którego nigdy nie powinno się poruszać (zwłaszcza przy alkoholu), a zawsze jest poruszany (zwłaszcza przy alkoholu). I tym razem było na tyle ostro, że Mando z Sickiem zakończyli rozmowę leżąc na ziemi i okładając się nawzajem (choć żaden z nich potem tego nie pamiętał). Do porozumienia, jak można było przypuszczać, nie doszli… ale załóżmy, że wygrał Mando.

 

Następnie część biesiadników zeszła do salonu obejrzeć ‚Martwicę mózgu’ z niezapomnianym tłumaczeniem (chwilę przed filmem Mando z Sickiem jeszcze raz chwycili się za bary i tym razem mało sobie głów nie porozbijali). Część posnęła, a część oglądała dalej. Ostatni Zjazdowicze poszli do pokojów między 5:00 a 6:00 rano (pochód zamknął Mando, który o 5:45 obudził się w fotelu i w ten sposób, choć jednej tradycji rozalińskiej stało się zadość).

 

Drugi dzień to przede wszystkim przygotowanie do wielkiego meczu siatkówki. Z rana część Forumowiczów katowała serial ‚Family Guy’, inni rozegrali kilka partii w kości pokerowe, a później wszyscy żyli już tylko meczem. W międzyczasie w Rozalinie pojawił się penny (z cygarem w zębach i piwem w ręku), który jako pierwszy w historii przyleciał na zjazd samolotem. Wojna psychologiczna między obiema drużynami, zaczęła się na forum już kilka tygodni przed zjazdem. Mecz siatkówki to najstarsza tradycja zjazdów i mimo, że ostatecznie zawsze jest to kupa śmiechu, przed samym meczem wszyscy zapewniają, że przyjechali tu po zwycięstwo. Jak to w światku sportowym bywa, rozpoczęło się od zapewnień, potem przyszedł czas na groźby, a zakończyło się na umiejętnym i inteligentnym poniżaniu przyszłego przeciwnika (w skrócie mieliśmy przykład zwykłej atmosfery przedmeczowej).

 

Mecz wydarzeniem był niemałym gdyż po raz pierwszy obie drużyny dysponowały pełnym 6-osobowym składem oraz jednym rezerwowym zawodnikiem. Po raz pierwszy również obie drużyny zaprezentowały się w swoich klubowych barwach. I tak, reprezentacja serwisu StephenKing.pl wystąpiła w składzie: Mando, nocny, ingo, Pavel, SickBastard, pennywise (którego w drugim meczu zastąpił burial), zaś serwis CarpeNoctem.pl reprezentowali: Vampires, Umbrifer, Infinitus, CrusheD, Tenar, Moniqee (ta już w pierwszym meczu, dość szybko zmieniła Mike’a Dravena).

 

O pięknie gry, heroicznej walce, niesamowitych akcjach, agresywnych atakach i karkołomnych obronach można by napisać książkę. Obie drużyny postarały się, aby było to cudowne i niezapomniane widowisko. Tym bardziej cieszy fakt, że właśnie tak wielki mecz wygrał serwis StephenKing.pl miażdżąc przeciwnika 3:1. Jakby tego było mało, wspólnie podjęliśmy decyzję, że jeszcze tego samego dnia rozegrany zostanie mecz rewanżowy. Nastąpiła krótka przerwa na zregenerowanie sił, rozegrana została jeszcze jedna partia kości, po której nasze grono opuścili Stefa i Xavier, a następnie obie drużyny ponownie stanęły na ubitej ziemi ‚Rozalin Volleyball Arena’. Na rozgrzewkę Vampi, Sick, Mando i nocny wzięli udział w zabawie o nazwie „kobyła”, która zamiast rozgrzać raczej doprowadziła do salw śmiechu, tarzania się po ziemi i zmęczenia.

 

Jeżeli pierwszy mecz był zaciętą walką to drugi porównać można już tylko do piętnastej rundy pojedynku między Rockym Balboa a Ivanem Drago (lub w języku miłośników horroru do drugiej połowy filmu ‚Jason vs. Freddy’). Serwis StephenKing.pl bliski był powtórzenia wyniku sprzed kilkudziesięciu minut. W 4 secie gładko objął prowadzenie na 18:11 jednak nie po raz pierwszy 19 piłka okazała się dla nas zabójcza. Na serwisie w przeciwnej drużynie stanęła Crusia, która wśród okrzyków „Daj nam 19 punkt” dokonała rzeczy, zdawałoby się niemożliwej. Owszem, w końcu zdobyła 19 punkt, ale nie dla nas, a dla swojej drużyny, obracając tym samym wynik spotkania na 18:19. W ten sposób przegraliśmy 4 seta, a wszystko rozstrzygnęło się w tie-breaku, który dzięki Bogu graliśmy normalnie do 15 punktów, a nie do 19 jak wcześniej planowaliśmy (19 już od wielu lat jest dla nas pechowa w siatkówce i jakoś nikt nie umie udźwignąć odpowiedzialności związanej z tą liczbą). Przy stanie 13:9 dla Carpe Noctem mecz zdawał się już przesądzony, ale wtedy na zagrywkę wszedł burial, który zdołał wyrównać. Ostatecznie obroniliśmy piłkę meczową, wygraliśmy set 17:15, a całe spotkanie 3:2, jednocześnie ustanawiając historyczny rekord (jak do tej pory na wszystkich zjazdach udało nam się wygrać tylko jeden mecz, a teraz pokonaliśmy przeciwnika dwa razy w ciągu jednego dnia 🙂

 

Wieczorem zorganizowaliśmy wspólnego grilla, jednak temperatura spadła na tyle, że towarzystwo dość szybko się wykruszało. Nasze grono opuścili burial i Karina, a reszta po niedługim czasie rozeszła się do swoich pokoi. Część zjazdowiczów obejrzała dwa odcinki serialu ‚Marzenia i koszmary’ (‚Koniec całego bałaganu’ oraz ‚Drogowy Wirus zmierza na północ’). Później już przed ekranem pozostała naprawdę mała grupka (o dziwo cała reszta dość szybko położyła się spać) i po seansie ‚Źródła’ postanowili oni, w niewielkim gronie, ugasić pragnienie butelką znalezioną w zamrażalniku. W ten sposób do godziny 6:00 rano choć kilka osób (Sick, Magda, penny, Umbri i Pavel) podtrzymało tradycję tocząc dyskusję o filmach, serialach i wszystkim co przyszło do im głowy.

 

Trzeci dzień w większości upłynął przed telewizorem. Od rana grupa zjazdowiczów oblegała salon. Ingo pokonał Vampira w scrabble i do końca zjazdu nabijał się z niego, że już po raz trzeci SK.pl triumfuje nad CN. Pojedynków było znacznie więcej, ale w zasadzie tylko dwa historyczne (wspomniany mecz na szczycie wygrany przez Ingo i najmniejsza ilość wywalczonych punktów przez nocnego :-)). Na zewnątrz, mimo mrozu, przez kilka godzin siedzieli Mando, penny, Umbri i Infi, osuszając beczkę Pavla (który szykował się powoli do wyjazdu) i prowadząc niezapomniane dyskusje m.in. o bracie penny’ego (i wszystkich jego złamaniach, których winny był penny), o wujku penny’ego (który „waży 130 kilo bez nogi”), o kuzynie penny’ego (który niegdyś umiał gwizdać okiem dopóki mu się siatkówka nie odkleiła) oraz o wielu innych przygodach penny’ego. Rozmawiano też o tematach nie związanych z pennym, ale to rzadziej. Następnie przyszła pora na kilka fetyszowych fotek. Tym razem zabraliśmy takie skarby jak: kartony promocyjne ‚Komórki’, ‚Stephen King Quiz Book’, ‚Rose Madder’, ‚The Dark Towr VI: Song of Susannah’, ‚Gerald’s Game’, ‚Dolores Claiborne’, ‚Faithful’, ‚Heart-Shaped Box’ Joe Hilla oraz własny (nie do końca legalny) wyrób książki ‚Gniew’ Richarda Bachmana.

 

Wieczorne biesiadowanie również przeniosło się do salonu telewizyjnego (z nielicznymi krótkimi wyjątkami, gdy na moment zajmowano stół na górze). Tej nocy odbyły się dwa niezapomniane seanse. Pierwszy to planowana od dawna 9 część ‚Piątku trzynastego’, a drugi to film, który choć na to nie zasłużył, zgromadził przed ekranem największą widownię. Postanowiliśmy nawet na majówce kontynuować nekromantikową tradycję i tym razem wybór padł na ‚Schramm’. Jako, że filmy pana Jörga Buttgereita nie należą do tych, które ogląda się więcej niż jeden raz, dla każdego był to pierwszy kontakt z tym obrazem. O dziwo okazał się on znacznie gorszy od ‚Nekromantików’ (co do niedawna wydawało się niemożliwe) i nie dostarczył widowni nawet odrobiny dobrej zabawy. Po filmie wielu zjazdowiczów wykruszyło się, a nieliczne niedobitki obejrzały ‚Isolation’. Następnie już tylko dwie osoby wysiedziały na ‚Labiryncie Fauna’ po czym i one udały się pokoju… i wtedy obudził się penny, który przespał już drugi dzień 🙂 Nocny, Kasia i Mando czekali dzielnie, aby zapuścić sobie jeszcze jakieś odcinki ‚Archiwum X’, ale ostatecznie i oni polegli na polu boju.

Czwarty dzień to tradycyjnie filmy przed południem. Tym razem z rana zamiast ‚Family Guya’ leciał ‚Robot Chicken’, potem ‚Warlock’, ‚Stań przy mnie’, ‚Infiltracja’ i ‚Desperacja’. Wieczorem zaś padło postanowienie, że tym razem, jak za starych zjazdów, wyłączamy dvd i wszyscy siadamy na górze przy stole, od którego nie wstaniemy dopóki nie padniemy (co w sumie całkowicie wyklucza jakiekolwiek wstanie :-)). W skrócie można by powiedzieć, że jak postanowiliśmy tak uczyniliśmy. Kilka osób przed wspólnym biesiadowaniem obejrzało jeszcze film o Yeti. Później miał miejsce dość mocny wieczór, klimatem przypominający jedne z cięższych imprez zjazdu z listopada 2005. Choć tym razem nie było ani sukienek, ani rozbieranych zdjęć 🙂 (no może ze dwa lekkie negliże by się znalazły), a raczej prawdziwie przerażające rozmowy. Zaczęło się od wspomnień Manda ze studiów i wręcz horrorowego wykładu o głodzie. Później temat przeszedł na kanibalizm, a następnie na nekrofilię. Nocny zakończył imprezę z miską w ręku, Mando rozłożył się wygodnie na polbruku, a reszta wybrała się na wycieczkę do nocnego (tym razem bez nocnego). W powrotnej drodze zgarnęli do domu Manda (który z ziemi przeniósł się już na ławkę) i kontynuowali imprezę dalej. Niestety nie ma osoby, która pamiętałaby ją na tyle by zdać z niej wyczerpującą relację. Jedyne co udało się zrobić to poskładać to kupy te kilka pourywanych wspomnień. Mimo to każdy jest zgodny, że był to jeden z bardziej udanych wieczorów tego zjazdu.

 

Piąty dzień rozpoczął się bardzo ciężkim porankiem. Utworzyła się niewielka grupka sprzątających. W tle słychać było pojękiwania. Miało miejsce kilka niekontrolowanych wizyt w łazience. Niestety wreszcie nastąpiło smutne pożegnanie (ostatnia tradycja rozalińska również nie została spełniona – ingo nie spóźnił się na pociąg – choć tego do końca nie można być pewnym bo od czasu zjazdu nikt z nim jeszcze nie rozmawiał). W ten sposób 10 Zjazd Forumowiczów dobiegł końca i pozostaje tylko odliczać dni do kolejnego spotkania.