Zjazd nr 08 – Toruń 2006

Na ósmy zjazd, po roku nieobecności, powróciliśmy do Torunia. Niestety w tym sezonie, w Grodzie Kopernika zrezygnowano z ‚Letniego Festiwalu Grozy’, łącząc go z ‚Bulwarem sztuki’. Jak się szybko okazało, jedyne co pozostało z Festiwalu to rzeczy, które i tak kompletnie do niego nie pasowały. Tym sposobem darowaliśmy sobie serwowane przez miasto atrakcje i sami zorganizowaliśmy sobie czas. Toruński zjazd ostatecznie okazał się spotkaniem w dość kameralnym gronie. Wiele osób zrezygnowało w ostatniej chwili, a na miejscu zjawiło się tylko 13 żądnych przygód użytkowników naszego forum, w składzie: Mando, nocny, ingo, lady nina, RyszarT, Quincey Morris, Tenar, szalonaaga, kenorb (Rafał), Crazy Mary, CrusheD, stefaniakról, J.Xavier.B.

 

Pierwszego dnia jako pierwsi stawili się Mando i Ingo. Najpierw sprawdzili ceny trunków w przydworcowej knajpce. Następnie jeszcze dwukrotnie upewnili się, że ceny nie są wygórowane, poczym udali się na teren Kampingu ‚Tramp’ gdzie już czekały na nas 3 domki o numerach 3, 5 i 11 (co w sumie daje 19). W południe dojechała ekipa z okolic Łodzi, Warszawy i Szczecina i wszyscy ponownie udali się do pobliskiego ‚Pubu u Irenki’. Po godzinie wspomnień, ze zlotu zrezygnował pierwszy uczestnik – Janek, zaś po następnych sześćdziesięciu minutach dołączyły do nas ostatnie dwie niewiasty. Resztę dnia można podsumować następująco: piwko-kamping-piwko-pizza-empik-piwko. Z wieczornego zwiedzania miasta zrezygnowali Mando, Rychu i ingo, którzy udali się na zasłużony odpoczynek. Resztę faktów dość ciężko połączyć w jedną całość. W pełnym składzie spotkaliśmy się około 22:00 i cały wieczór spędziliśmy na wspólnych rozmowach, z których większość dość szybko się wykruszyła, tłumacząc to zmęczeniem. W nocy przeczytaliśmy wszystkie podpisy jakie były w naszym domku i wtedy zaczęliśmy rozumieć bohatera opowiadania ‚Wywiozą ci wszystko co kochasz’. Salwom śmiechu nie było końca.

 

Drugi dzień rozpoczął się od gry w karty. Pierwsza próba rozegrania Tysiąca, skończyła się na dwóch rozdaniach i niekończącym się potoku słów, wylewającym się z ust Tenar, która próbowała nauczyć Rafała podstawowych zasad. Ostatecznie już sam nie wiedziałem czy umiem w to grać czy nie. Nie zrażeni kiepskim początkiem przeszliśmy do Makao i stwierdzenie „co kraj to obyczaj” nabrało nowego sensu. Ustalanie zasad, choć trochę zgodnych z wszystkimi wersjami gry, zajęło więcej czasu niż sama gra. Ogólnej punktacji nikt nie zliczał, ale myślę, że można śmiało zaryzykować stwierdzenie, iż wygrało SK.pl 🙂 Trzecia gra to Kent i tutaj redakcja serwisu wykazała się niesamowitą przebiegłością deklasując swego rywala. Oczywiście i tym razem nie zabrakło kilku dziewiętnastek (pierwsza runda wygrana 19:12 zaś druga 30:19). Poranek zakończył się poprawnie rozegranym Tysiącem. Wrodzona skromność zabrania mi pisać kto wygrał tę rozgrywkę i redakcja jakiego serwisu znów wykazała się niesamowitą przebiegłością 😉 Niestety próby zapoznania użytkowników z lokalnym sportem i rozegrania partii karcianego Żużla, zasugerowane przeze mnie, spełzły na niczym. Również gra o tajemniczo brzmiącej nazwie – Wpierdol – nie znalazła swoich zwolenników.

 

Po południu ponownie odwiedziliśmy toruńską pizzerię oraz odebraliśmy zamówioną wcześniej „schłodzoną” „wódkę”. Wieczór przyniósł nam najgorszy w historii toast za Kinga. Trunek okazał się jakimś szemranym spirytem i dziękowaliśmy niebiosom, że pierwsze polanie (które ostatecznie okazało się ostatnim tego dnia) miało pojemność 25 ml, a nie 50 jak początkowo planowaliśmy. Tego dnia rozpoczęliśmy także rozgrywki w piłkarzyki. Drużyna w składzie nocny i Mando upokorzyła drużynę Rycha i Inga gładko wygrywając wszystkie mecze. Prawdziwy horror przegranych rozegrał się jednak dzień później gdy nocny i Mando, dosłownie i w przenośni, skopali leżącego, odnosząc jedno zwycięstwo za drugim nie widząc swojej bramki przez zaparowaną szybę. Dopiero gdy cała połowa szyby była już mlecznobiała ingo i Rychu wygrali jeden honorowy mecz minimalną różnicą bramek. Nie umieli jednak odejść od stołu z tarczą i na zakończenie dali się ponownie znokautować. Dzień zakończył się zaciętą partią w Kalambury, w której druzgocące zwycięstwo odniosła drużyna opanowana w 3/4 przez redakcję SK.pl 🙂

 

Trzeciego dnia wyruszyliśmy wymienić 1,5 litra trefnej „wódki” i jak się okazało nie było z tym najmniejszego problemu. Najwyraźniej sprzedawcy doskonale wiedzieli co sprzedają (ku przestrodze: 0,7 l Absolwenta, w Toruniu kosztuje 32 zł, a takiej po 23 zł unikać jak ognia). Po południu dołączyli do nas Stefa i Xavier, a chwile później opuścili Quincey i Nina. Oczywiście nie zabrakło także zdjęć z Galerii Kingowych Fetyszystów. Zabraliśmy ze sobą takie pozycje jak ‚The Stand’, ‚Insomnia’, ‚Desperation’, ‚Dolores Claiborne’, japońskie ‚Salem’s Lot’ oraz makietę książki Owena Kinga (pod starym tytułem ‚Tkwimy w tym wszyscy razem’), która wyprodukowana została na potrzeby wywiadu przeprowadzonego przez Telewizję Polską, z podpisem autora i dedykacją dla naszego serwisu.

 

Popołudniowy wypad do miasta zakończył się trzecią wizytą w pizzeri (mała grupa odłączyła się do McDonalda) oraz nabyciem prawdziwego trunku do kingowych toastów. Na chwile zawitaliśmy także na dziwaczną próbę przedstawienia organizowanego pod nazwą ‚Bulwar sztuki’. Szybko jednak wróciliśmy na swoją stronę Wisły.

 

Trzeci wieczór to pierwsza typowa zabawa znana z poprzednich zjazdów. Zabrakło tylko sukienek, ale gardeł do śpiewu było wystarczająco, a i toasty za Kinga wreszcie smakowały jak należy. Tej nocy wyzdrowiał również nocny, który przez cały zjazd leżał, stękał i robił dziwne miny jak się do niego mówiło, tłumacząc się niewyobrażalnym bólem w okolicach gardła. Po północy część biesiadników zorganizowała zrzutkę na jeszcze jeden trunek i tym sposobem nocny, Mando i ingo wybrali się na wycieczkę. Na moście rozegrany został morderczy wyścig, w którym stawką były wszystkie książki w B5 jakie posiada nocny. Kilometrowy bieg chodnikiem, środkiem ulicy i barierkami dał się nam nieźle we znaki. Po powrocie okazało się, ze większość zjazdowiczów już śpi. Noc zakończyła się struciem Manda (to już 4 zjazd z rzędu).

 

Czwarty dzień to smutne pożegnanie. Pół dnia siedzieliśmy na bagażach, żegnając kolejno odjeżdżających uczestników aż wreszcie sami wsiedliśmy do pociągów i wróciliśmy do domów. Toruński zjazd dość mocno odbiegał od wcześniejszych spotkań. Nie mieliśmy telewizora przez co większość czasu spędzaliśmy na ciekawych dyskusjach. Żyliśmy w obozowych warunkach co doskonale sprzyjało lepszej integracji. W zasadzie chyba tylko Janek był niezadowolony, a reszta bawiła się wyśmienicie. Mamy nadzieję, że to nie ostatni tego typu zlot.

 

Na zakończenie jeszcze jedno zdjęcie, które udowadnia, że KA działa. Zupełnie przypadkowo uchwyciliśmy na zegarze godzinę dziewiętnaście przed dziewiętnastą 🙂