Rozmowa z Krzysztofem Sokołowskim

Gdy w latach ’80 nikt w naszym kraju nie słyszał jeszcze o Stephenie Kingu, Krzysztof Sokołowski raczył ówczesnych czytelników przekładami kilku jego opowiadań oraz artykułami na temat pisarza. Późniejsze lata przyniosły nam liczne przekłady książek w wykonaniu pana Sokołowskiego, jednak poniższa rozmowa dotyczy głównie tych pierwszych lat. Dowiecie się m.in. jak wyglądało życie fana w latach ’80, poznacie kilka ciekawych anegdot (choćby o nieszczęsnym tytule ‚Strefa śmierci’), ale przede wszystkim w małym stopniu poznacie człowieka, który do tej pory przetłumaczył dla nas najwięcej tekstów Stephena Kinga, a przyznać trzeba, że to bardzo miły i pogodny człowiek.

Dotychczasowe przekłady Krzysztofa Sokołowskiego:

OPOWIADANIA:
– Kraina nieznana (wraz z Agnieszką Sokołowską)
– Edytor tekstu Bogów
– Ballada o celnym strzale
– Pod psem

POWIEŚCI:
– Martwa strefa
– Podpalaczka
– Sklepik z marzeniami
– Bezsenność
– Desperacja
– Mroczna Wieża IV: Czarnoksiężnik i kryształ
– Pokochała Toma Gordona
– Mroczna Wieża VI: Pieśń Susannah
– Worek kości

[Wywiad przeprowadzili: Hubert Spandowski i Grzesiek Tupikowski]

 

Jak natrafił pan na Stephena Kinga? Znał pan całą jego twórczość w czasie gdy w Polsce nie było jeszcze jego książek.

Przez kino, rzecz jasna. W dawnych złych czasach jeździłem do Anglii na saksy (ciekawe, czy ktoś poniżej 50-tki zna to określenie), tam zresztą nauczyłem się angielskiego, bo wykształcenie mam zupełnie inne. Soboty i niedziele spędzałem na koncertach (rockowych), w muzeach i na Leicester Square, w krainie kin (wspaniałych, rozległych, z pluszami, balkonami i popielniczkami w oparciach foteli). Oraz w księgarniach. W pubach też, nie oszukujmy się, ale to poza tematem. Zbieżność narzuca się sama.

Drobna część każdego zarobionego, twardego funta szła na książki, głównie albumy sztuki, ale nie tylko. Nawet nie tylko na Kinga. Ale wagowo plasował się wysoko:-)

W drugiej połowie lat ’80 w różnych czasopismach ukazywały się opowiadania Kinga w pana przekładzie. Czy był pan o to proszony czy sam zgłaszał się z gotowymi tłumaczeniami, które robił pan jako entuzjasta tego pisarza?

O ile pamiętam najwięcej było tego w byłym „Radarze”. Siedział tam na wysokim stołku mąż koleżanki z mojej ówczesnej pracy (Muzeum Literatury w Warszawie) i szukał sposobu, żeby ożywić trupa. Sam mu zaproponowałem Kinga wychodząc z założenia, że skoro „tam” się podoba, to „tu” też powinien. Nie do końca wyszło, ale przynajmniej pieniądze nie były takie złe. Właściwie to one skłoniły mnie do poświęcenia się zawodowo karierze tłumacza. Pieniądze i możliwość pracowania, kiedy się chce i nie pracowania, kiedy się nie chce.

Dorastałem bardzo wcześnie 🙂 i nigdy, ale to nigdy, nie przełożyłem niczego „bo mi się podoba”. Zawsze było to jakieś zamówienie.

W 1988 roku współorganizował pan w Szczecinie konwent na temat Stephena Kinga, który wtedy w Polsce był jeszcze nieznaną osobą.

Nie, nie! Nie „współorganizowałem”, jestem kiepskim organizatorem, nie znoszę takich igraszek. Ja na tym konwencie występowałem, w jednej trzeciej „prelegent”, w dwóch trzecich „mistrz”, „guru”, „wtajemniczony”, przybysz z innego, lepszego świata. Nie powiem, żeby mi się to nie podobało, fantastykę do dziś czyta mnóstwo ślicznych dziewczyn :-).

A serio: kolejne wizyty w Anglii dawały mi handicap w postaci znajomości książek, który mogłem wykorzystać dzięki kolejnemu handicapowi: wykształceniu filologa polskiego ze specjalnością w teorii literatury. Uchodziłem za znawcę tematu także i dlatego, że nikt inny nie mógł znać się na nim lepiej z powodów prozaicznych: zależności od polskich wydawców i komunistycznych realiów.

Mógłby pan w kilku zdaniach opowiedzieć dzisiejszemu, młodszemu czytelnikowi wychowanemu w erze Internetu, jak wyglądały tamte czasy.

Źle wyglądały, choć jak źle to widać dopiero od niedawna, a od niedawna tamte czasy niewiele osób obchodzą. Zainteresowanie fantastyką (na chwilą zaliczmy Kinga do kręgu twórców fantastyki) było substytutem zainteresowania światem innym niż wszechobecna nędza, nuda i szarość komuny. Bo to nie pały i ocet na półkach najbardziej dokuczały młodym, ruchliwym intelektualnie ludziom nie kochającym wież z kości słoniowej i hermetycznych poetów, tylko świadomość tonięcia w bagnie. Utonąłeś, a jeszcze żyjesz i pewnie długo pożyjesz w dziś takim samym jak wczoraj, z jutrem takim samym jak dziś. Fantastyka to było coś! Całe spektrum gatunków artystycznych, niezła literatura, sztuka, film, a przede wszystkim popularna i dostępna! King był tego apoteozą.

Zabawne, ale myśmy mieli bardzo średnie pojęcie o fantastyce. W końcu wszyscy zaczynaliśmy lektury z najwyższego diapazonu. Drogę do fantastyki anglojęzycznej przechodziliśmy trzymani za rączkę przez Lecha Jęczmyka, stąd przekonanie, że tam tyle jest dobrego, tak mało szajsu. Dziś macie lepiej, bo znacie prawdę o proporcjach: tyle samo tandety co wszędzie indziej w literaturze popularnej, a może i więcej?

Skąd braliście informacje na temat takich pisarzy (a przyznać trzeba, że były to jednak dość szczegółowe rzeczy patrząc na materiały, które opracował pan na szczecińskie spotkanie)?

Z wyjazdów, jak ja, od rodziny za granicą, od fanów za granicą. Dziś to określenie chyba już nie funkcjonuje, ale za moich czasów najpopularniejszym (nie tylko w tej dziedzinie) źródłem informacji była agencja JPP (Jedna Pani Powiedziała). Skutek był taki, że na każdy temat każdy wiedział coś odrobinę innego niż wszyscy inni. Dopiero „Fantastyka” zaczęła to jakoś systematyzować, choć z oporami, bo miała mniej więcej te same problemy.

Jak długo trwał proces sprowadzania zagranicznych książek do Polski (podczas dyskusji mówiliście o ‚Talizmanie’ jako o kolejnej książce Kinga, podczas gdy w 1988 w Stanach ta powieść była już dostępna od 4 lat, tak samo jak 7 kolejnych książek wydanych po niej)?

Nie wiem, bo ja nie sprowadzałem. W każdym razie to musiała być droga przez mękę. Przypuszczam, że stosowano raczej metody Piotra Kaczkowskiego: kiedy dowiadywał się, że wyszedł nowy „Yes”, to dawał pieniądze stewardessie LOT-u, żeby mu go kupiła na Heathrow. Tu śmieszka nie będzie, bo to tzw. „autentyczny fakt”. Przecież oficjalnie za dolary nic nie można było kupić!

Co do „Talizmanu”, to musiało gdzieś nastąpić jakieś przekłamanie, chodziło nie o szeregowanie książek datami wydania, lecz pewna nową jakością, która mnie fascynowała. Straub nie przyjął się w Polsce, bo nie znalazł tłumacza, który oddałby całą elegancję, płynność, wręcz wyrafinowanie jego języka. I nie znalazł czytelnika, bo kogo to w końcu obchodzi? Fakt, że King znalazł się w nim (języku) tak świetnie był – dla mnie – objawieniem.

Skąd w ogóle pomysł na imprezę poświęconą autorowi zupełnie w Polsce nieznanemu, który w naszym kraju nie wydał ani jednej książki? Jak to spotkanie wyglądało frekwencyjnie?

Już mówiłem. Szarość na co dzień i straszna ochota ucieczki od niej gdzieś, byle gdzie, najlepiej w nieznane. Coś odkryć, czegoś się dowiedzieć. Pisarz nieznany, zjawisko nieznane? Tym lepiej! Tym, co dobrze znane, rzygało się na dzień dobry i dobranoc.

Mnie było łatwo oswoić Kinga, doszło do tego, że pół roku siedziałem tam, pół tu i zaczynałem czuć się Anglikiem. Ale dla ludzi bez tego farta, tych możliwości, fantastyka w ogóle i King w szczególności to były drzwi starej szafy. Konwentowy weekend dawał energię na przeżycie kilku miesięcy w cuchnącym bagnie codzienności.

Podczas wspomnianego konwentu w 1988 roku dość wyraźnie zaznaczył pan, że kino wyciąga z Kinga to co najlepsze, otrząsając książki z niepotrzebnych wątków jak z kurzu. Powiedział pan: „Mam wrażenie, że u Kinga więcej niż połowa to właśnie ten kurz, dopiero reszta daje się przerobić na film.”. Może nie tyle wychwalał pan kingowe filmy, co wyraźnie dał do zrozumienia, że niejednokrotnie są one lepsze od pierwowzorów.

To nie całkiem tak. Proces adaptowania literatury do filmu to jak proces swobodnego przekładu. Dla kina piszący tak, jak pisał wtedy, King był „facetem od horrorów”. Oczywiście King od horrorów to pół Kinga, tak naprawdę King opisuje współczesność, a zjawiska paranormalne są mu potrzebne, żeby odcinała się od tła (przykład najlepszy to „Sklepik z marzeniami”). Ale wówczas to było jednak „większe pół”. Potem filmy poszły drogą, którą on wytyczył wcześniej, są bardziej „obyczajowe” niż były. To, co poza straszeniem nie było gorsze od tego, co było straszeniem, po prostu mniej filmowe.

Jak patrzy pan na to dziś? Skoro książki takie jak ‚Carrie’ czy ‚Lśnienie’ były według pana przepełnione niepotrzebnymi wątkami, to co powiedzieć o jego powieściach z drugiej połowy kariery pisarskiej, w których King dość wyraźnie powiększył swoje słowolejstwo?

Zredukował słowolejstwo w tym sensie, że prowadzi do celu prostszą drogą, sprawniej. Ten cel to opis siermiężnej, zwykłej codzienności jakiegoś wycinka amerykańskiego, wielowymiarowego świata. Nie jest „wodolejstwem” malowanie bogatego tła tam, gdzie jest ono potrzebne, jest wodolejstwem zakochanie się w tle tak, że na fabułę nie starcza miejsca. Dla jasności, nie o „Carrie” czy „Lśnienie” chodzi, raczej o, powiedzmy, „Podpalaczkę”. Tyle miejsca poświęcić udowadnianiu, że „czarne siły agencji rządowych” są be… toż to marnotrawstwo.

Wielu ludzi ceni Kinga właśnie za długie opisy i złożone postacie, pan natomiast powiedział kiedyś, że bohaterowie u Kinga są jednowymiarowi. Jednocześnie wychwalał pan postać Jacka z ekranizacji ‚Lśnienia’ Kubricka, który w naszych oczach jest postacią płaską w porównaniu ze swoim książkowym odpowiednikiem.

De gustibus… Dla mnie pijak jakich wiele, z wolna tracący kontrolę nad sobą i wymyślający sobie kurację antyalkoholową w postaci odcięcia się na pół roku od jakiejkolwiek możliwości kupienia piwa (czy raczej ingrediencji do „marsjanina”) jest w wykonaniu Kinga płaski jak opłatek. Człowiek zrozpaczony tym, co się z nim dzieje w stopniu, w którym rozpacz raczej niż wymuszony odwyk pchają go do działania jest trójwymiarowy, a w wykonaniu Nicholsona wręcz wielowymiarowy.

Ja też cenię Kinga za scenerię i bohaterów ale nie przesadzajmy. Przynajmniej kiedyś były to świetnie uchwycone i kapitalnie opisane „typy”. Jeśli King nigdy do czegoś nie aspirował to właśnie oryginalność. Jeśli nigdy nic się w nim nie zmieni, to pozostanie rewelacyjnym gawędziarzem. Oby się nie zmieniło. To zawsze będzie mi się podobać, bo mnie średnio fascynują na przykład dylematy kobiety z dwiema łechtaczkami czy przykłady „kongenialnej interkomunikacji autora z samym sobą”. Bardziej odpowiada mi wzór nie pamiętam już, kogo… Corneille’a chyba? W każdym razie któryś jego dramat zrobił klapę i biedak się zmartwił, że już nie jest geniusz. Powiedział: „Piszemy po to, żeby się podobać publiczności”. To samo innymi słowami, równie dobitnie powiedział ten pisarz z „It”, gnębiony na lekcjach „creative writing”, kiedy na pały nauczyciela odpowiadał przedstawiając czeki za opowiadania.

Na spotkanie to przygotowane zostało tłumaczenie fragmentu powieści ‚Carrie’. Dwa lata później, w 1990 roku książka ta została wydana oficjalnie, była to pierwsza powieść Kinga na polskim rynku. Przełożyła ją Danuta Górska, nie pan, dlaczego?

Dobrze, że to zrobiła Danka, była wówczas o niebo lepszą tłumaczką; ja właściwie zaczynałem. W tym przypadku można powiedzieć, że przeważyły względy merytoryczne, choć fakt, że książkę wydał jednak mężczyzna mógł – przy jej niewątpliwej urodzie – … 🙂

W 1993 roku ukazała się pierwsza książka Kinga z pana przekładem – ‚Strefa śmierci’. Skąd ten nieszczęsny tytuł, który ciągnął się w kolejnych wznowieniach aż do roku 2004 kiedy wydawnictwo Prószyński i S-ka wydało ją pod właściwym tytułem – ‚Martwa strefa’.

Ze znajomości rzeczy jednego z właścicieli Phantom Pressu, który zobaczył w wypożyczalni kasetę z filmem pod tym właśnie tytułem i uznał, że trzeba „ujednolicać”. Ja się dowiedziałem o aferze, kiedy przysłano mi gratisy. Potem jeszcze wojowałem przy dodrukach, ale w końcu machnąłem ręką. Zabawne: na końcu, kiedy już dałem sobie siana, jakaś dziewczyna od Prószyńskiego wręcz mnie prosiła, żebym się zgodził na zmianę. Strasznie się zdziwiła, że ją wyściskałem 🙂

Nie jest to jedyny przypadek z nie do końca trafionym przekładem tytułu w pana wykonaniu. Pomińmy już ‚Krainę nieznaną’ (Here There Be Tygers), ale bardzo ciekawi nas skąd wziął się tytuł ‚Banda z Salem’ (Salem’s Lot) w posłowiu ‚Czarnoksiężnika i kryształu’, który w Polsce został wydany kilkanaście lat po ‚Miasteczku Salem’.

A bo ja wiem? Coś mi się kołacze, że książkę tłumaczył Misio Wroczyński, dał jej taki tytuł, wydawca zmienił, a do mnie to nie dotarło, bo Kinga po polsku nie czytuję systematycznie i jakoś poszło, ale szczerze mówiąc, nie pamiętam. Ja bym się spytał, co robił wówczas redaktor?

Nie wiem, czego się czepiać „Krainy…”. Angielskie „Here There By Tygers” to łacińskie „Ubi sunt leones”, tak na starych mapach zaznaczano ziemie nie znane ówczesnym.

W 1988 roku ukazał się w Fantastyce pana artykuł „Król Stefan I”. Opisał pan tam kilka pierwszych ekranizacji prozy Stephena Kinga a artykuł zakończył słowami „Do pisania na temat „Kinga w filmie” będzie więc jeszcze niewątpliwie sporo okazji.” Od tego czasu powstało kilkadziesiąt filmów, kinowych, telewizyjnych, mini-seriali i seriali. Co pan o nich sądzi? Mógłby pan wybrać kilka, które warto szczególnie wyróżnić?

Czuję się zdecydowanie przeceniony z jednego prostego powodu: jestem literaturoznawcą i do diabła z tym, jak głupio to brzmi. King mniej mnie interesował z powodu Kinga, bardziej z powodu fenomenu Kinga, czyli – najprościej mówiąc – jego hiperpopularności. Kiedy to sobie wyjaśniłem, przestał mnie aż tak interesować. Przyszedł czas na szukanie innych zagadek do rozwiązania, majstrowanie przy Silverbergu, Ellisonie, cyberpunku, który wprowadziłem na rynek jak Kinga.

Że już nie wspomnę o tym, że na seriale, miniseriale i filmy telewizyjne zwyczajnie brak mi czasu i ochoty. W tej chwili mój „kontakt z Kingiem” jest sporadyczny, na „Mgłę” do tej pory się nie wybrałem i pewnie nie wybiorę, bo córka ciągnie mnie na coś innego. Więc co mogę powiedzieć? Pochwalić „Zieloną milę”? Proszę bardzo, to mogę zrobić z czystym sumieniem.

Opus magnum Kinga to jak on sam uważa cykl ‚Mroczna Wieża’. 7 tomów przełożyło trzech tłumaczy, panu przypadły tomy IV i VI. Dlaczego zaistniała taka sytuacja?

Taka sytuacja to żaden wyjątek. Książka ma zarabiać, nie służyć jako obiekt głaskania. Wydawca nie może w nieskończoność czekać na zwrot nakładów, rachunek ekonomiczny mu na to nie pozwala. Więc serię się „parceluje”.

Przez taki zabieg ci sami bohaterowie i te same miejsca w różnych tomach mają inne określenia i nazwy. Przekładając czwarty w kolejności tom nie czytał pan poprzednich by zaznajomić się z treścią i klimatem ale może przede wszystkim by ujednolicić przekład całości?

Tak w ogóle, to treść i klimat znałem… z oryginałów. Ale to na marginesie. Mogę też, na marginesie, wspomnieć, że po trzech tomach jednolitość i tak diabli wzięli.

Od „ujednolicania” jest redaktor, jeśli nie ujednolicił, powinien dostać po honorarium. To po pierwsze. Po drugie, wszyscy trzej tłumacze nie znali całości, bo i nie mogli, więc powpadali w pułapki, tłumacząc coś akurat tak, podczas gdy tysiąc pięćset stron (które, kiedy przekładałeś, jeszcze nie istniały) dalej wyjaśnia się, że powinno być inaczej, nie w rodzaju męskim powiedzmy, lecz żeńskim. Po trzecie, bałaganiarstwo też istnieje. Kiedyś, za socu, wydawca poczekałby, aż autor skończy serię. Po tym, po obowiązkowych „recenzjach wewnętrznych” trwających przy tej objętości ze dwa lata, dałby całość tłumaczowi, zapewniając mu siedem lat tłustych, podczas których tłumacz pieściłby książki do wypasu. Potem usiadłby nad nimi z redaktorem i przez kolejne lat parę ujednolicał.

Wyobrażacie to sobie dzisiaj? Jeśli agent by mu książki nie odebrał, czytelnicy by go zlinczowali. „Wszędzie jest, a u nas nie ma! Kolejny przykład, że Polak nie potrafi!”. Konkluzja jest taka, że jakie książki czytelnik chce dostać, takie dostaje. Chce szybko, jest szybko. I tak dobrze, jak tylko się da, żeby się nie zrobiło wolno. Andrzej Kuryłowicz nie wziął w końcu tłumaczy z ulicy.

Ja stanąłem przed wyborem: robić jak oni, czy po swojemu? Zrobiłem „bardziej po swojemu” uznając, że jeśli redaktor ma coś przeciwko temu, to ma też i długopis, który jest w końcu tani w eksploatacji, a ja się nie będę spierał. I redaktor kreślił, a jeśli czegoś nie poprawił, to może dlatego, że akurat mu się spodobało? W końcu pewne niekonsekwencje musiały być, toć to nie ja różnię się od innych, ale wszyscy trzej różnimy się między sobą!

Nie ukrywam też, że liczyłem na poprawki w dodrukach, które może jeszcze nastąpią?
Rozważając wywiad z tłumaczem książek Kinga, jako pierwsze nasuwało się od razu nazwisko Krzysztof Sokołowski. Jednak po przejrzeniu listy książek okazało się, że nie ma pan aż tylu tłumaczeń na koncie ile nam się wydawało. Nadal jest pan w czołówce, ale w porównaniu do ilości kingowych utworów, to w sumie niewielki dorobek. Dlaczego jest aż tylu ludzi zajmujących się przekładaniem tekstów Kinga? Wielu pisarzy ma swoich stałych tłumaczy, zaś u Kinga, który łączy swoje utwory cieniutką pajęczyną powiązań i który wymaga jednolitego tłumaczenia fachowca, co chwila pojawia się nowe nazwisko co powoduje masę rozbieżności w przekładach.

Jest kilka powodów. King pisze sporo, dorobienie mu „jego” tłumacza sprawiłoby, że tłumacz niewiele by robił poza tym. A jeśli chcecie wiedzieć, jak się czuje ktoś, kogo dopisano do pisarza, pogadajcie z Andrzejem Polkowskim. Wydawcy też mają swoje preferencje, swoich znajomych, ludzi, którym ufają i z którymi łatwo się dogadują. W sumie są to kwestie praktyczne. King i tak ma szczęście do przekładów. Weźcie sobie dla porównania znęcanie się nad „Władcą Pierścieni”, nad cyklem LeGuin o Ziemiomorzu, który zaczął się od Barańczaka, a skończył już nie powiem jak, bo wam serwis zamkną, „Diunę” Herberta, która od początku miała niefart…

Czy ma pan coś w rodzaju zboczenia zawodowego? Gdy czyta pan książki przełożone przez innych ludzi zastanawia się pan jak sam by to zrobił? Przykładowo, jak odebrał pan przekład najtrudniejszej językowo książki Kinga ‚Historia Lisey’, nad którą męczyło się aż dwóch tłumaczy z czego pierwsza osoba zrezygnowała bo zadanie okazało się za trudne?

Mam zboczenie, a przynajmniej dziś jest to traktowane jak zboczenie: wymagania jakościowe. Nie jadam w hamburgerowniach, nie kupuję łososia w plastiku, pikantne skrzydełka toleruję tylko po drodze i tylko wtedy, gdy jestem kierowcą, sam sobie parzę kawę. Jeśli już dochodzi do tego, że przekład z literatury anglojęzycznej mam kupić (co się nieczęsto zdarza), patrzę na nazwisko tłumacza. Ale najchętniej i prawie zawsze czytam w oryginale.

Co do „Historii Lisey” – rozczaruję państwa. Nie czytałem i nie ciągnie mnie. Gdy tylko Andrzej Kuryłowicz wróci z targów w Londynie wydębię od niego „Komórkę”, której też jeszcze nie przeczytałem… ale tylko dlatego, że córka mnie o nią prosiła.

Podkreślę jeszcze raz, bo to mi się wydaje ważne: kochać Kinga i fascynować się nim to fajnie, ale jako treść życia trochę jakby mało. Sobie radziłem i innym radzę: jak już jesteś czymś usatysfakcjonowany, przypomnij sobie, że „road goes ever on and on…” i „grass is always greener on the other side of the hill”.

20 lat temu powiedział pan: „Przyznaję, że gdybym się teraz dowiedział, że wkrótce mam umrzeć i zdążę przeczytać tylko jedną książkę, to prawdopodobnie wolałbym żeby to była książka Kinga i Strauba ‚Talizman’ niż ‚Bracia Karamazow’ albo coś takiego.” Czy przez ten okres zmieniło się coś czy gdyby taka sytuacja powtórzyła się teraz to nadal byłby to King?

Byłby King, gdybym miał wybór tylko między Kingiem a Dostojewskim 🙂 Ale tak naprawdę to nigdy nie byłby ani King, ani Dostojewski, to byłby zbiór esejów Zbigniewa Herberta „Barbarzyńca w ogrodzie”. Przyjmijcie państwo za fakt istnienie czegoś, co się nazywa licentia poetica. Tym, czego w Internecie nie lubię, to brak półtonów, ćwierćtonów, uśmiechu, nieznacznego uniesienia brwi, wzruszenia ramion, założenia nogi na nogę raz w jedną, raz w drugą stronę. Brak tej odrobiny dystansu. Toteż, na koniec, radzę zastanowić się nad jednym z mądrzejszych powiedzeń Kinga i potraktować je nieco metaforycznie. Brzmi ono: „najlepszym edytorem tekstu jest wieczne pióro Watermana”.

Dziękujemy za rozmowę i liczymy na jak najwięcej przekładów w pana wykonaniu.

A ja pozdrawiam Was wszystkich.