13-16.11.2013 – Paryż – Europejska trasa promocyjna „Doktora Sen”

Pierwsze informacje na temat kolejnej europejskiej trasy promocyjnej Kinga pojawiły się już w 2011 roku. Były to raczej strzępki wiadomości, ale już wtedy mówiło się o Francji i ewentualnie Niemczech. Fani zakładali, że King będzie promował książkę ‚Dallas ’63’ i tradycyjnie zaczęła się tworzyć pierwsza lista chętnych na wspólny wyjazd. Plany trzeba było jednak odłożyć. Po 13 latach pracy nad ‚Ghost Brothers of Darkland County’ musical miał trafić na scenę, a King postanowił poświęcić się temu tematowi i odłożyć swoją europejską trasę na czas nieokreślony. Na szczęście nie był to znowu jakiś przesadnie długi okres. Jesienią 2013 r. ogłoszono pierwsze konkrety: Stephen King odwiedzi dwa kraje – Francję (Paryż) i Niemcy (Monachium i Hamburg). Przy czym we Francji miały odbyć się dwa spotkania i tylko tam miało mieć miejsce podpisywanie książek. Cała francuska trasa została też dość mocno rozłożona w czasie i chcąc podążać śladem Kinga trzeba było sobie zarezerwować cały tydzień w Paryżu. Jak się okazało chętnych na wspólny wyjazd nie zabrakło i ostatecznie wylecieliśmy do Francji w 20-osobowej grupie, w składzie: Faay, nocny, ingo, burial, Mando,murarz, Karol, Penny, Tathagatha, Kirronik, Mucio, SickBastard,Edi, Zonkinho, UpTheIrons, Karwan, kalbar, Misia, Didi oraz Jakub Ćwiek.

 

Już na miejscu na każdym kroku poznawaliśmy kolejne grupki i pojedynczych fanów z Polski, z którymi również spędzaliśmy bardzo miło czas. Nie wszyscy z głównej grupy przyjechali na cały tydzień, część uciekała już po kilku dniach, a do samego końca wytrwała mniej więcej połowa, ale i tak, już po samym składzie widać, że stanowiliśmy bardzo silną reprezentację.

 

Niemal od razu po przylocie do Paryża i po dotarciu na miejsce noclegowe, spora grupa udała się pod „Mk2 Biblioteque” gdzie powitała nas mała (9 osób), choć i tak zaskakująco spora jak na godz. 20:00 grupa fanów z Francji, Włoch i Irlandii. Na miejscu od kilku godzin kręcił się też Jakub Ćwiek, który bardzo szybko do nas dołączył. Reszta naszej kompanii pojawiła się pod biblioteką w ciągu kilku najbliższych godzin i wszyscy znaleźliśmy się w pierwszej pięćdziesiątce listy kolejkowej, rozrzuceni pomiędzy pierwszą a piątą dziesiątką. Tego wieczoru w Paryżu sporo padało, większość pierwszych koczowników była przemoczona więc cała „kolejka” chowała się pod zadaszeniem, tworząc zbitą grupę, stąd pomysł listy i numerków, który sprawdził się i pomógł opanować chaos jaki zapanował nad ranem. Porównując z poprzednim europejskim spotkaniem w londyńskiej księgarni, tutaj chętnych na autograf było znacznie więcej i już o północy na liście znajdowało się 78 nazwisk, a tuż przed świtem można je było liczyć w setkach. Około 7:00 rano pojawili się panowie sprzątający, a godzinę później ludzie stawiający barierki i wtedy zaczął się wspomniany chaos. Padały komendy: wycofać się, przejść na drugą stronę, odsunąć się do filarów itp., przez co ludzie przemieszali się całkowicie i niełatwo było to na nowo uporządkować. Na szczęście ci, którzy spędzili noc na mrozie walczyli o swoje, francuscy fani wzięli na swoje barki i gardła ustawienie kolejki a ochrona zaakceptowała prowizoryczną listę. Udało się zapełnić tunel utworzony przez barierki, a kolejka wraz z nastaniem świtu rosła w postępie geometrycznym, ostatecznie osiągając naprawdę imponujące rozmiary.

 

Tuż przed 13:00 ochroniarz, który wpuszczał nas do budynku twierdził, że szacunkowo na wejście oczekuje 3500 osób, co wydawało nam się trochę zawyżonym wynikiem choć z drugiej strony ochrona powinna znać liczbę zbliżoną do prawdziwej. Tak czy inaczej był to na pewno wynik czterocyfrowy. Według danych wydawcy, King podpisał 620 książek co stanowi ułamek oczekujących. Niestety, w przeciwieństwie do londyńskiego spotkania (a było to jedyne spotkanie, w którym dotąd uczestniczyliśmy, stąd częste porównania) nie wpuszczono nas do środka z samego rana. Ktoś puścił w obieg informację, która o świcie wydawała się niesmacznym żartem, że drzwi zostaną otwarte dopiero o 10:40. Niestety o tej godzinie otwierano kino, które sąsiadowało z biblioteką, a nasze wejście pozostało zamknięte aż do godziny 13:20.

 

Również cały proces podpisywania różnił się od tego w Londynie. Wewnątrz ustawiono z barierek wąski tunel, przez który przeganiano nas jak najszybciej się dało. Obsługa źle zrozumiała słowa Kinga, który prosił by nie błyskać fleszami i w ogóle zakazywała ludziom robić zdjęcia (chociaż nie wszyscy posłuchali). Na szczęście sam King tryskał humorem. Widać było, że mocno postarzał się fizycznie, ale psychicznie był zupełnie innym człowiekiem niż 7 lat temu. Wesoły, otwarty i pełen energii. Podczas gdy pierwsza grupa podchodziła do stanowiska z autografami, King wyszedł im na spotkanie, dziękował, podawał ręce, przytulał płeć piękną. Gdy chciał wrócić na swoje miejsce wręczyliśmy mu koszulkę, którą przygotowaliśmy specjalnie na tę okazję, a wtedy zaczęły się dalsze podziękowania. King podawał rękę i przytulał prawie wszystkich z naszej grupy, a gdy wreszcie zaczął podpisywać książki to było to bardzo dalekie od „automatu” jakiego doświadczyliśmy w Londynie. King rozmawiał z fanami, zagadywał, podpisywał na stojąco, żartował, zwracał uwagę na każdego z naszej grupy, który podchodził nieco później i ciągle jeszcze dziękował za koszulkę. Najwytrwalsi z nas czekali pod biblioteką 17 godzin. Leżąc na kartonach, kocach, workach czy gołym betonie, przykryci ręcznikami, prześcieradłem, kocami termicznymi bardzo rzadko śpiworami, marznąc w deszczu, na wietrze i w bardzo niskiej temperaturze. Kontakt z Kingiem trwał kilkadziesiąt sekund… ale było warto. Chociaż jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że to dopiero początek naszej paryskiej przygody.

 

Niestety zaraz po wyjściu z budynku dało o sobie znać ogromne zmęczenie. Wtedy właśnie organizm przypomniał sobie o tych 17 godzinach spędzonych w kolejce i nawet nie przyszło nam do głowy by zostać na miejscu i poczekać na wyjście Kinga. Powłócząc nogami udaliśmy się do naszego apartamentu, a wyjście oraz wejście Kinga obejrzeliśmy sobie w Internecie :-)

 

Kolejne spotkanie miało się odbyć dopiero za 3 dni więc ten czas mogliśmy spożytkować na zwiedzanie Paryża. Na szczęście w porę przypomniało nam się, że 15 listopada King ma mieć występ na żywo w radiu „Le Mouv”. Okazało się, że pierwsza godzina audycji to rozmowa z fanami o Kingu, a następnie do gości w studio dołączy sam Stephen. Pod radiem oczekiwała już mała grupka chętnych na zdobycie autografu (znajome twarze z kolejki sprzed 2 dni). Wszyscy stali pod wejściem B, bo nim wpuszczano fanów występujących w audycji. My także dołączyliśmy do pozostałych, ale potem jako jedyni postanowiliśmy zasięgnąć informacji w recepcji. A dokładniej spytał Karol i dowiedział się, że owszem King za chwile wejdzie do radia, ale wejściem C. Ku zdziwieniu pozostałych opuściliśmy stanowisko i przenieśliśmy się kawałek dalej, a gdy chwilę później zajechał samochód Kinga ustawiając się przy samym wejściu, równolegle do niego, mieliśmy bardzo dobre pozycje do zdobycia kolejnych autografów i większość z nas wykorzystała je poszerzając swoją kolekcję. Co ciekawe, King nadal podpisywał chętnie, był uśmiechnięty i bez oznak zmęczenia.

 

Szybko odszukaliśmy audycję w telefonach by śledzić rozwój sytuacji i być gotowym w chwili wyjścia Kinga z radia. W międzyczasie wpadliśmy na pomysł by zamiast oblegać go z książkami, wysłać jedną osobę, która spyta o możliwość zrobienia zdjęcia grupowego. Jako, że nie byliśmy tam sami pomysł szybko został obalony, ale zamiast porzucić go całkowicie, udoskonaliliśmy go. Faay postanowiła uderzyć do szefa ochrony Kinga. Wytłumaczyła mu, że jesteśmy grupą z Polski, że daliśmy Kingowi specjalną koszulkę i że chcemy tylko wspólne zdjęcie. Co ciekawe, według słów ochroniarza, King pamiętał nas. Ten powiedział, że prośbę przekaże, ale nie jest osobą decyzyjną i decyzję podejmie pisarz. Staliśmy przed radiem łącznie 3 godziny na bardzo zimnym wietrze i autentycznie czekaliśmy już na wyjście Kinga i powrót do domu nie mając wielkich nadziei na wspólne zdjęcie. Ustawiliśmy się obok parkującego samochodu by spróbować zdobyć jeszcze kilka autografów, podczas gdy niespodziewanie podszedł do nas ochroniarz i powiedział, że King zgodził się z nami spotkać. Wewnątrz ochroniarz wyłożył nam zasady: stajemy przy barierce, nie prosimy o autograf, nie krzyczymy, nie marudzimy, że aparat nie działa itd. King miał wyjść z windy, podejść do barierki, stanąć do zdjęcia, wyjść z budynku, wsiąść do samochodu i odjechać. Ostatecznie okazało się, że to nie ochrona, a King podyktował warunki spotkania i zrobił to zupełnie inaczej niż zaplanowali ci pierwsi. Obszedł barierkę, stanął w środku naszej grupy i objął najbliższe osoby. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć, z których większość tradycyjnie nie wyszła, na innych ktoś kogoś gdzieś zawsze zasłania. Sam King na pierwszy rzut oka jest niemal niewidoczny, ale nikt nie myślał w tym momencie by odsunąć się od niego dla lepszego zdjęcia (odsunąć się od Kinga… to nawet teraz brzmi absurdalnie :-)). To wydarzenie było najprawdopodobniej jedynym takim wydarzeniem w historii, kiedy to King spontanicznie postanowił spotkać się z grupą fanów. Po zdjęciach nie odszedł od nas od razu. Każdemu podał rękę, przybijał piątki, rozmawiał i dopiero potem udał się w kierunku wyjścia odprawiając po drodze pana z dyktafonem i ignorując już pozostałych na zewnątrz fanów proszących o autograf. Całe wydarzenie trwało może minutę… może 10 minut… tak naprawdę zapisało się na zawsze w naszych sercach i pamięciach bo było to coś czego chyba już nic nigdy nie przebije… choć jednocześnie właśnie to spotkanie uświadomiło nam, że nie ma rzeczy niemożliwych i tak naprawdę wszystko może się jeszcze wydarzyć.

 

Ostatniego dnia – 16 listopada – podzieliliśmy się na kilka grup i wyruszyliśmy do miasta zwiedzać i zrobić zakupy. Niezależnie od siebie każda grupa wylądowała w sklepie z horrorami wykupując partiami wszystkie koszulki z Cujo jakie mieli na składzie. O dziwo też wszyscy wpadliśmy na pomysł by najpierw zrobić sobie zdjęcie z koszulką :-)

 

Wieczorem tego dnia odbyło się ostatnie francuskie spotkanie – biletowany event w „Le Grand Rex”. Tym razem bez podpisywania książek, choć do biletu dołączone było francuskie wydanie ‚Doktora Sen’, a każdy uczestnik miał szansę wylosowania 1 ze 100 podpisanych egzemplarzy (w puli 3000 książek). Niestety nikt z nas nie miał tym razem tyle szczęścia. Miejsca w kinie nie były numerowane więc obowiązywała zasada „kto pierwszy ten lepszy”. Przyszliśmy pod kino około trzech godzin przed czasem i zastaliśmy już bardzo długą kolejkę, która pomimo sporych rozmiarów nadal rozrastała się bardzo szybko, tworząc imponujący pas z ludzi. Wewnątrz rozdzieliliśmy się i każdy z nas trafił w inne miejsce. Niektórzy wylądowali na końcu sali, inni wręcz przeciwnie, zdobyli miejsca w pierwszym rzędzie zarezerwowanym dla vipów, w samym jego środku, czyli kilka metrów przed Stephenem Kingiem. Sama sala była jednak nie tak znowu wielkich rozmiarów i nawet z jej końca widoczność była taka jak z połowy sali podczas londyńskiego spotkania. Tutaj natomiast były aż trzy poziomy, ale wnioskując ze zdjęć, również na wyższych piętrach widoczność sceny była bardzo dobra. Zresztą całe spotkanie było pokazywane na wielkim ekranie.

 

Największym minusem eventu było jego prowadzenie. Francuzi jak to Francuzi, nie tolerują innych języków niż swój, a co za tym idzie nikt nie zawracał sobie głowy tłumaczeniem pytań. Można się ich było domyślać słuchając odpowiedzi i sądząc po odpowiedziach Kinga, pytania nie były jakoś specjalnie wyszukane. Sam King również wielokrotnie żartował sobie z kompletnie nierozumianego języka, serwował żarty sytuacyjne z tłumaczem, który na poziomie emocji droida protokolarnego przekładał wszystkie wypowiedzi Kinga wyrzucając je z siebie niczym karabin maszynowy. Niestety również w drugiej części – „Pytania publiczności” – przywiązywano ogromną wagę do języka ojczystego. Gdy tylko ktoś próbował zadać pytanie w języku angielskim, prowadzący natychmiast przerywał i kazał mówić po francusku. Bardzo dziwne zjawisko biorąc pod uwagę, że skupiało się wokół światowej sławy pisarza amerykańskiego. Francuską „gwiazdą” spotkania okazał się ich lokalny pisarz Maxime Chattam, który wszedł do Sali w środku spotkania, otrzymał owację braw i w zasadzie zniknął na resztę wieczoru, odzywając się tylko kilka razy. Najwyraźniej francuski wydawca próbował wykorzystać jak mógł promocję własnych pisarzy przy okazji spotkania z Kingiem. Na sam koniec Stephen przeczytał bardzo krótki fragment pierwszego rozdziału ‚Doktora Sen’, otrzymał długie owacje na stojąco, po czym szybko opuścił salę. Samo spotkanie nie przyniosło w zasadzie żadnych istotnych newsów. King ograniczył się do odpowiadania na mało wyszukane pytania pomagając sobie często dygresjami, odchodząc od tematu, serwując żarty i anegdotki. Dowiedzieliśmy się chyba tylko tego, że pisarz aktualnie pracuje nad nowym scenariuszem komiksowym. Już przed kinem w sporej grupce osób mających nadzieję, że King wyjdzie tymi samymi drzwiami, którymi wszedł spotkaliśmy dziewczyny, które pracowały przy tym spotkaniu nosząc na sobie specjalne koszulki. Kilka minut później dwie z tych koszulek stały się naszą własnością :-)

 

Wszyscy zgadzamy się, że był to absolutnie najlepszy wyjazd w naszym wykonaniu. Dla wielu osób był to najlepszy tydzień w życiu, co podkreślają do teraz przy każdej okazji. Dokonaliśmy rzeczy, zdawałoby się niemożliwych, zdobyliśmy autografy, kilka razy podaliśmy rękę Kingowi, spora część została przez niego przytulona, rozmawialiśmy z nim, przybiliśmy piątkę, zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie grupowe, uczestniczyliśmy w prywatnym spotkaniu z pisarzem, a wreszcie pokazaliśmy się jako najlepiej zorganizowana grupa fanów. Grupa przygotowana na ten wyjazd, prężna, pomysłowa, rzucająca się w oczy i wielokrotnie kradnąca francuzom imprezę. I to była druga, ale równie ważna strona medalu. W Polsce, w przeciwieństwie do innych krajów, nie mamy żadnego oficjalnego stowarzyszenia czy zarejestrowanego fanklubu, ale to właśnie w takich chwilach działamy prężniej niż oficjalne organizacje. Autentycznie, stojąc ubranym w naszą koszulkę i będąc otoczonym innymi osobami w takiej samej koszulce, można było tylko czuć dumę, że jest się częścią czegoś większego, co jednocześnie jest tak dobre. Na tym wyjeździe jak zawsze były z nami nowe osoby, które wpasowały się bardzo dobrze w naszą grupę i bardzo dobrze zostały przez nas przyjęte, ale jako grupa istniejemy już kilkanaście lat. Połączyły nas wspólne zainteresowania i pasja oraz zamiłowanie do tego jednego człowieka – Stephena Kinga. Tydzień w Paryżu był dopełnieniem tego okresu. Chwila, podczas której staliśmy ramię w ramie z Kingiem w budynku radia była ukoronowaniem tego okresu i każdy czuł w tym momencie to samo. Potem przez kilka godzin rozumieliśmy się bez słów. Wystarczył kontakt wzrokowy i wszystko było jasne. Wyjazd do Paryża był ukoronowaniem wszystkiego co zrobiliśmy przez ostatnie 12 lat by spajać tę grupę zarówno na płaszczyźnie internetowej jak i podczas normalnych spotkań. I ten wyjazd pozostanie w naszych pamięciach na zawsze.

Autografy Stephena Kinga

Bilety