Rose Madder

Opis

Pewnego dnia Rosie Daniels decyduje się porzucić swojego męża, przed którym odczuwa paniczny strach, i pod przybranym nazwiskiem rozpocząć nowe życie. Ucieka do innego miasta, gdzie wkrótce zdobywa ciekawą pracę, nawiązuje znajomości i przyjaźnie. W sklepie ze starociami kupuje niezwykły obraz zatytułowany „Rose Madder”, który – jak się okazuje – pozwala przeniknąć do innego świata. Tymczasem tropem kobiety podąża jej mąż Norman, policjant-psychopata, gotowy zabić każdego, kto się mu sprzeciwi. Jest już coraz bliżej, śledzi jej przyjaciół, zdobywa jej adres. Tylko ucieczka w świat „Rose Madder” może ocalić życie Rosie…

 

Info wydawnicze:

  • Rok wydania: 1995
  • Tytuł oryginalny: Rose Madder
  • Tłumaczenie: Zbigniew Królicki

Ostatnie wydanie:

  • Wydawca: Albatros
  • Liczba stron: 448
  • Oprawa: miękka


Recenzja

‚Rose Madder’ zaliczana jest do tak zwanej „kobiecej trylogii”, w której znajduje się również ‚Gra Gerarda’, oraz ‚Dolores Claiborne’. Głównym powodem nazywania tych trzech powieści trylogią, nie jest to, że ich głównymi bohaterkami są kobiety. Elementem łączącym wymienione powyżej książki, jest małżeństwo tych kobiet z nieodpowiednimi mężczyznami i jego skutki. Każda z nich za swojego życiowego partnera wybrała sobie osobę złą, osobę, która, mimo że jest osobą realną, nie żadną zjawą, czy duchem, na tym świecie istnieć nie powinna.

Rosie Daniels jest kobietą, która przez wiele lat swojego małżeństwa była maltretowana przez męża. Pewnego dnia postanawia od niego uciec. Udaje się do innego miasta i tam rozpoczyna nowe życie. Na początku jest jej bardzo trudno, lecz dzięki pomocy nowych przyjaciół i pewnego obrazu, Rosie w końcu od wielu lat staje się osobą szczęśliwą. Lecz szczęście to nie trwa zbyt długo, ponieważ jej psychopatyczny mąż, w dodatku policjant, postanawia ją odnaleźć i „porozmawiać z nią w cztery oczy”.

Już sam początek uświadamia czytelnikowi, że to nie będzie kolejna książka, o której, po jej przeczytaniu, da się szybko zapomnieć. Początkowy opis tego, jak mąż traktuje swoją żonę, sprawia, że czytelnik może mieć nawet ochotę odłożyć książkę i wrócić do niej może kiedyś w przyszłości. Później pod tym względem się trochę uspokaja, ale w powieści na pewno nie brakuje dosyć mocnych scen. Fakt ten sprawia, że na pewno nie jest to pozycja dla młodszego czytelnika. Nie jest też to również dobra książka na rozpoczęcie swojej przygody z twórczością Stephena Kinga. Mimo iż widać, w niej styl tego pisarza, to sama treść nie jest tym, do czego przyzwyczaił nas Król. Poza tym, w książce tej można wyłapać parę smaczków, które będą widoczne tylko dla tych, co czytali poprzednie książki Kinga.

Głównym atutem ‚Rose Madder’ są bohaterowie. Zarówno główna bohaterka, jak i jej mąż zostali ukazani w sposób wręcz perfekcyjny. Ich psychika została przedstawiona bardzo dobrze, a charakter męża, nawet zbyt dokładnie. Czytelnik uświadamia sobie, że tacy ludzie naprawdę mogą istnieć i żyć wśród nas. Tak więc grozy w tej książce jest naprawdę sporo. I to niestety grozy, która nie ma nic wspólnego ze światem nierzeczywistym.

Wszystko by było ładnie i pięknie, gdyby King utrzymał tą realność, którą tak dokładnie wykreował. Niestety w pewnym momencie zaczynają dziać się rzeczy dziwne, nierealne. Mimo iż są one ciekawe i napisane tak, jakby faktycznie mogły się wydarzyć, to wydaje mi się, że King postąpiłby lepiej gdyby ich nie umieszczał. Wtedy książka nie straciłaby nic na swojej wiarygodności.

‚Rose Madder’ jest na pewno książką godną polecenia. Nie jest to mistrzostwo w wykonaniu Kinga, ale na pewno nie należy ona do książek słabych. Na pewno każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. A przede wszystkim znajdzie tutaj coś, co można nazwać optymizmem. Dowód na to, że nie można się poddawać i trzeba walczyć o swoje prawa do lepszego życia, na które każdy zasługuje.

Autor: ingo

Gdybym miała zmieścić opis tej książki w jednym tylko stwierdzeniu, bez wątpienia użyłabym jednego z moich ulubionych życiowych powiedzonek „A masz drzwiami w twarz!”. Sięgnęłam po ‚Rose Madder’ gdy nudziłam się w domu mocno przeziębiona i… poległam (pokonana bynajmniej nie przez katar) już przy pierwszych stronach. Prolog wgniótł mnie w fotel, a skończyło się na tym, że po pierwsze – czas przeznaczony zwykle na sen zredukowałam do minimum, a po drugie – unicestwiłam sobie z przejęcia skórki przy paznokciach.

Historia Rose McClendon Daniels to kolejne męskie spojrzenie Stephena Kinga na skomplikowany kobiecy świat, tym razem na jego skatowany i posiniaczony fragment, który zbyt często ma miejsce w realnym świecie (często tuż za ścianą).

Ale czy na temat toksycznej relacji kat-ofiara można jeszcze napisać coś nowego? Jest kilka dobrze znanych wersji:
a) mężczyzna zabija kobietę,
b) sytuacja odwrotna od w/w – najczęściej samoobrona zdecydowanie rzadziej odpłacenie pięknym za nadobne (oj chciałoby się westchnąć „jaka szkoda…”),
c) nikt nie ginie, przemoc kwitnie i tak aż do końca życia (przepis Made in Poland – cicho sza, o tym się nie mówi, udaje, że się nie słyszy i zamiata pod dywan),
d) ofiara ucieka,
e) drań ląduje w więzieniu,
f) nie tylko w Biblii zdarzają się cuda i padalec chcąc uniknąć podpunktu E idzie na terapię i potem mamy (raz na milion przypadków) „happy end” albo pojawiają się punkty od A do E, więc co tu jeszcze można dodać? Ano magię, droga pani. Cóż… przyszykowałam się więc na kolejną bajkę ale o ile czytając inne książki S.K. cieszyłam się, że opisuje fikcję (nie licząc ‚Zielonej mili’ oczywiście) przy tej historii takiej radości nie było dane mi zaznać.

‚Rose Madder’ jest świetnie i (co cenię niezwykle) bardzo równo napisana, nie natknęłam się w niej na usypiające fragmenty (najlepszym się zdarza, Kingowi również ale nie w tym przypadku), magii jest tyle ile da się znieść, czyli bez przeginania. Jednak moją „wisienką na torcie” były wyraziście odmalowane postacie – zero papieru, same żywe i jakże krwiste kolory. Na początku dałam się pisarzowi zapędzić (nie pierwszy raz w mojej przygodzie z S.K.) w kozi róg. Wyznaję zasadę, że życie (prawdziwe/książkowe/filmowe) składa się nie tylko z dobra i zła, a tymczasem szanowny mąż od początku do końca był potworem, który nie przejawiał absolutnie żadnych ludzkich odruchów (co najgorsze istnieje pewnie niejeden jego sobowtór na realnej planecie Ziemia), Rose natomiast wydawała się być wyłącznie bezbronną kobietą. I tu się pozytywnie rozczarowałam, bo pisarz do początkowo niewinnej bieli dorzucił pełną garścią pasjonujące szarości.

Siłą tej książki są bardzo realistyczne (momentami aż do bólu) opisy Kinga – zaczynając od scen znęcania się Normana nad żoną, poprzez jej przebudzenie i ucieczkę aż do nieuchronnej konfrontacji. Ktoś, kto zna psychologiczne mechanizmy przemocy w rodzinie dobrze wie, że podejście pt.”Czemu ona go do diabła nie zostawi?!” można wyrzucić do kosza. Na szczęście pisarz nie starał się moralizować, nie wypisywał naciąganych banałów i nie dał gotowej recepty na uwolnienie się od prześladowcy. Potwierdził tylko starą prawdę – w życiu nie ma nic za darmo – cena jaką Rose płaci za skorzystanie z pomocy magii jest wysoka.

Czy można zatem coś ‚Rose Madder’ zarzucić? Zbyt oczywisty finał? Fakt, łatwo można przewidzieć jak się ta historia skończy… ale za to „lisi” epilog wynagrodził mi to z nawiązką. Przemieszanie realności (Norman/Rose) z magią (byk/bogini) czyni opisaną historię (delikatnie mówiąc) mocno nierealną ale mimo to jest jednak w tej książce nadzieja. I może właśnie o to chodzi?

Autor: effuniek

Inne wydania

1996
Prima
oprawa: twarda (obwoluta)
1998
Prima
oprawa: miękka
1998
Świat książki
oprawa: twarda (obwoluta)
2005
Albatros
oprawa: miękka
2008
Albatros
oprawa: miękka

2011
Albatros
oprawa: miękka
2013
Albatros
oprawa: miękka (pocket)
2014
Albatros
oprawa: miękka (pocket)
2015
Albatros
oprawa: miękka (pocket)