Ręka mistrza

Opis

Edgar Freemantle w ciężkim wypadku samochodowym traci rękę i równowagę psychiczną. Nękany niekontrolowanymi napadami szału, musi zacząć życie od początku. Za radą psychologa wyrusza na Duma Key, olśniewająco piękną i odludną wyspę na wybrzeżu Florydy, należącą do sędziwej Elizabeth Eastlake. Wynajmuje tam dom, wiedząc tylko jedno: chce rysować. Tworzone z chorobliwą pasją obrazy Edgara są owocem talentu, nad którym stopniowo przestaje mieć kontrolę. Kiedy tragiczne dzieje rodziny Eastlake’ów zaczynają wyłaniać się z mroków przeszłości, nieposkromiona moc dzieł Freemantle’a objawia swe coraz bardziej przerażające i niszczycielskie możliwości.

Info wydawnicze:

  • Rok wydania: 2008
  • Tytuł oryginalny: Duma Key
  • Tłumaczenie: Michał Juszkiewicz

Ostatnie wydanie:

  • Wydawca: Prószyński i S-ka
  • Liczba stron: 640
  • Oprawa: miękka


Recenzja

‚Ręka mistrza’ to chyba pierwsza książka Kinga, o której kompletnie nie umiałem wyrobić sobie zdania przed jej przeczytaniem. A zaznaczyć trzeba, że była to pozycja, na którą przyszło nam czekać dość długo. Pierwsze przecieki na jej temat pojawiły dwa lata temu, jednak opóźnienie miało miejsce zarówno w Ameryce (King musiał skrócić książkę, której pierwszy manuskrypt liczył ponad 800 stron) jak i w Polsce (to co pozostało było nadal sporą „cegłą” wymagającą wiele pracy). Długie oczekiwania nie wzmogły jednak mego apetytu. Szczątkowe opisy fabuły tak mocno różniły się od siebie, że kompletnie nie umiałem skleić tego w jakąś konkretną całość. Oczywiście oczekiwałem książki z utęsknieniem, ale raczej było to zwykłe wypatrywanie kolejnego „Kinga” niż ogromna nerwówka przed wielkim wydarzeniem. Przyznam, że nawet po pierwszych bardzo pozytywnych recenzjach nie liczyłem na żadne arcydzieło. Oczekiwałem dobrej książki i tyle. A już na pewno nie liczyłem, że po 18 latach polskiej kariery wydawniczej Kinga, po przeszło 60 opublikowanych książkach i po 15 latach mojego obcowania z pisarzem, otrzymam coś co od razu wskoczy do mej prywatnej kingowej czołówki. Jak się okazuję, po tylu latach King nadal potrafił mnie zaskoczyć.

Po tylu latach spędzonych w redakcji StephenKing.pl, pisanie recenzji stało się już czymś strasznie naturalnym. ‚Ręka mistrza’ to pierwsza powieść, która wywołała u mnie tyle uczuć, że kompletnie nie wiedziałem od czego zacząć. Z jednej strony chciałem się kontrolować by tekst ten nie zamienił się jedną wielką pieśń pochwalną (na chwilę obecną mamy same maksymalne oceny w serwisie, a doskonale zdaję sobie sprawę, że oczekując po tej książce arcydzieła można bardzo łatwo się zawieść). Z drugiej jednak nie umiem pisać o niej inaczej niż w samych superlatywach. Może po prostu zacznę od nakreślenia swoich upodobań literackich i jednoznacznego postawienia sprawy, do jakiej grupy fanów Kinga się zaliczam.

King to pisarz, który wydaje już przeszło 30 lat. Siłą rzeczy, musiał w tym okresie dość mocno ewoluować. Większość fanów horroru ceni go głównie za wczesne dokonania. Ja jestem tym czytelnikiem, który uwielbia te nowsze prace. ‚Miasteczko Salem’, ‚Lśnienie’ czy ‚Cmętarz zwieżąt’ – czyli jedne z najbardziej znanych kingowych horrorów – nie znaczą dla mnie tyle co ‚Worek kości’, ‚Gra Geralda’ czy ‚Serca Atlantydów’. Znacznie bardziej lubię „przegadanego”, „przynudzającego” Kinga z lat 90. niż młodego zadziornego Steve’a z początków kariery pisarskiej. Na tym polu ‚Ręka mistrza’ trafia idealnie w moje gusta. Jest to najdłużej rozkręcająca się książka Kinga. W zasadzie przez pierwsze 400 stron akcja prawie nie posuwa się do przodu. Śledzimy wydarzenia w ślimaczym tempie, a całość aż ocieka sielankowym klimatem. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu czytelników, spragnionych mocniejszych wrażeń, będzie to bariera nie do przeskoczenia. ‚Ręka mistrza’ to książka do której bardzo łatwo się zrazić i jeżeli po 100 stronach poczujemy rozgoryczenie spowodowane nudą to lepiej odłożyć książkę i zabrać się za coś innego, bo przez następne 300 sytuacja się nie zmieni. Nie ma sensu męczyć się, bo w ten sposób na pewno nie uchwycimy tej wspaniałej historii.

Osobiście jednak daleki jestem od stwierdzenia, że 2/3 książki to nuda. Owszem jest to spokojna, niemalże obyczajowa historia, która dopiero w drugiej połowie bardzo przyspiesza, zamieniając się w naprawdę mocny (i ogromnie kontrasujący z pierwszą częścią książki) horror, ale mimo wszystko nie uważam, aby pierwsze 400 stron było zbędne, na siłę rozdmuchane czy wymagające skrócenia. Jak dla mnie zarówno sielankowy początek, jak i spektakularny finał, idealnie komponują się w jedną spójną całość. Bez tych 400 stron, na których wydarzenia nadprzyrodzone i tajemnice wyspy są tylko tłem dla obyczajowej historii, galopujący w szaleńczym tempie finał nie zrobiłby takiego wrażenia. Powiedzmy sobie szczerze, że gdyby nie tak mistrzowsko skonstruowany „wstęp”, otrzymalibyśmy raczej coś w stylu Mastertona niż Kinga i mam nadzieję, że każdy kto nie zrażony powolną akcją dotrze do ostatniej strony, przyzna mi rację. Choć jednocześnie muszę zaznaczyć, iż miałem to szczęście, że książka w zasadzie pod każdym względem trafia w moje upodobania. I nie dotyczy to tylko konstrukcji i stylu Kinga, ale również lokacji. Początkowo miałem opory przed zmianą scenerii (bardzo lubię kingowe nawiązania, które siłą rzeczy muszą zostać ograniczone na Florydzie), ale długo one nie trwały. Ja po prostu uwielbiam nadmorskie opowieści, a jeżeli historia łączy w sobie świetną scenerię, kapitalnych bohaterów, duchy dzieci, stopniowo odkrywaną zagadkę z przeszłości oraz stare opuszczone miejsca i budynki, to nie mogę zareagować inaczej jak zachwytem. ‚Ręka mistrza’ to właśnie taka powieść.

Kingowi zarzuca się, że na starość stał się zbyt sentymentalny. Mówi się, że stracił gdzieś ten pazur, który charakteryzował Richarda Bachmana i młodego Steve’a. Niestety przeciwnicy tego nowego Kinga mogą się ponownie rozczarować. ‚Ręka mistrza’ to książka, przy której można uronić niejedną łezkę… choć to raczej mało powiedziane – ‚Ręka mistrza’ to prawdziwa petarda emocjonalna. Autor wielokrotnie stosował w swej karierze tzw. wyprzedzenia, informując nas nieco wcześniej o śmierci, któregoś z bohaterów. Zdanie „Nie wiedział wtedy, że widzi go po raz ostatni” to już niemalże znak rozpoznawczy Kinga. Zresztą jest to zagranie również przez wielu krytykowane. Osobiście uwielbiam takie zagrywki autora. Daje mu to możliwość jeszcze mocniejszego znokautowania czytelnika, gdyż tego typu stwierdzenia zazwyczaj padają pod koniec akapitów czy rozdziałów opisujących wydarzenia bardzo szczęśliwe. Czytelnik czuje się jakby dostał obuchem w głowę, a tego typu zagrywka pozwala Kingowi dwukrotnie zagrać na jego uczuciach. ‚Ręka mistrza’ ma kilka takich motywów i są one chyba najmocniejsze z wszystkich dotychczasowych jakie zaserwował nam autor. Po wspaniałym opisie bardzo szczęśliwych wydarzeń następuje tak mocny cios, zwiastujący tak smutne sceny, że z jednej strony odechciewa się czytać dalej, a z drugiej niesamowicie nakręca na to co jeszcze przed nami. Jest taki moment w książce gdzie szczęście osiąga punkt kulminacyjny i od tej pory wszystko wali się jak domek z kart. King pozwala nam zżyć się z bohaterem, kibicować mu przy małych wyzwaniach (jak choćby wystawa prac) i cieszyć się z jego sukcesów, aby potem zagrać pełną gamę na naszych uczuciach, nie przestając aż do samego końca. Muszę przyznać, że nawet czytając ostatni rozdział, jeszcze raz dałem się nabrać Kingowi, który na sam koniec zdołał wymierzyć mi ostatni policzek.

Zamykając książkę, targała mną masa sprzecznych uczuć, czego nie udało się zrobić Kingowi już od bardzo dawna. Przez kilka dni nie miałem nawet ochoty sięgać po nic innego, bo wydarzenia z wyspy Duma Key, cały czas były żywe w mojej głowie. Nie sądziłem, że po tylu latach spędzonych z jego twórczością, King nadal będzie potrafił mnie tak rozłożyć na łopatki. Zdaję sobie sprawę, że książka wielu czytelnikom absolutnie nie trafi w gusta, ale jestem też przekonany, że niejeden odłoży powieść na półkę z takim samym zachwytem w oczach jak ja. W przeszłości nie raz zdarzało mi się ulec chwilowemu zauroczeniu i stawiać maksymalne oceny książkom czy filmom, które ostatecznie nie przetrwały próby czasu. Zapewniam jednak, że w tym przypadku jest inaczej. Jestem przekonany, że za 19 lat nadal będę wskazywał ‚Rękę mistrza’ jako jednego z moich kingowych faworytów.

Autor: Mando

Od czasu wydania ostatniego tomu ‚Mrocznej Wieży’ King tak naprawdę nie opublikował żadnej nowej, typowej dla siebie powieści. ‚Colorado Kid’ można traktować jak dłuższą nowelkę-ciekawostkę. ‚Komórka’ jest to krwawa książka o „zombie”, której trudno przypisać cechy znane z innych dzieł Kinga. Następnie dostaliśmy ‚Historię Lisey’. Tutaj już było można wyraźniej zauważyć elementy Króla, ale styl i język sprawił, że nadal nie można było mówić o typowej dla niego powieści. Wyciągnięty z szuflady ‚Blaze’ tym bardziej nie miał za wiele wspólnego z autorem, którego wszyscy kochamy czytać. Te powieści oczywiście mogą się podobać, co więcej można je uznawać za jedne z najlepszych w całym dorobku pisarza, ale z jego typowymi dziełami nie mają za wiele wspólnego. Inaczej sprawa się ma z ‚Ręką mistrza’. W tym przypadku jest to powrót Króla do powieści o ludziach, gdzie wydarzenia nadprzyrodzone to tylko tło by ukazać ich psychikę i problemy dnia codziennego.

Jest jednak jedna rzecz, która już na wstępie wyróżnia ‚Rękę mistrza’ od reszty twórczości Kinga. Otóż akcja jest umiejscowiona na Florydzie, czyli w miejscu w którym autor spędza połowę roku. Jest to bardzo miła odskocznia od znanego nam krajobrazu stanu Maine. Z tym faktem wiąże się również trudność wpasowania w treść książki różnych nawiązań tak typowych dla twórczości Kinga. Ale dla Mistrza nie ma rzeczy niemożliwych i już na stronie z prawami autorskimi autor puszcza do swego Wiernego Czytelnika oko. Jest tylko jeden szkopuł w przeniesieniu akcji do nowego stanu. Otóż chcąc się wybrać w podróż po „Ameryce Kinga” nie można już odpuścić sobie Florydy. ‚Ręka mistrza’ okazała się bowiem tak udaną książką, że zaczęły się już pojawiać specjalne atrakcje turystyczne w miejscach związanych z powieścią.

Jak już wcześniej wspomniałem najważniejszy w tej historii jest główny bohater. Jeżeli komuś zależy w powieściach jedynie na ciągłej akcji to niech sobie odpuści resztę recenzji i sięgnie po inną książkę. Prawda jest taka, że w ‚Ręce mistrza’ przez większość czasu dzieje się naprawdę niewiele. Pierwsza połowa to opisy codziennych czynności, które wykonuje Edgar Freemantle by powrócić, po niemal śmiertelnym wypadku, do w miarę normalnego funkcjonowania w społeczeństwie i pogodzić się z własnym losem. Przeprowadza się on do domu na Florydzie, gdzie ma zamiar rozpocząć swoje drugie życie. Pomóc ma mu w tym jego hobby, a mianowicie malowanie obrazów. I w tym momencie zaczynają się dziać również niepokojące rzeczy.

King wiele razy wspominał, że zaczynając pisać książkę nigdy nie wie jak potoczą się losy bohaterów. Że to oni decydują o swoim późniejszym losie, a on sam nie może w nim nic ingerować. Czytając jego nową powieść faktycznie to można odczuć. Autor wychodząc z jednego pomysłu pozwala by historia sama się napędzała, dzięki czemu nawet wydarzenia nie z tego świata wydają się być realne. King, tak jak w prawdziwym życiu, nie ma zamiaru oszczędzać swoich bohaterów. Jeżeli ktoś ma zginąć to czytelnik kolejny raz dostaje zdanie typu „i widziałem go po raz ostatni” i kolejny raz dostaje lewym sierpowym od Mistrza. Na plus trzeba zaliczyć formę powieści, a mianowicie pisanie jej w pierwszej osobie liczby pojedynczej. W tym przypadku zabieg ten był wręcz konieczny. Dzięki temu łatwiej jest zrozumieć głównego bohatera i zacząć odczuwać to co on. W pewnym momencie, w jednym z najlepszych rozdziałów jakie King kiedykolwiek napisał, autentycznie cieszymy się ze szczęścia jakiego doświadcza bohater. Tym bardziej, że na samym jego początku zostajemy znokautowani informacją, że już nigdy później nic tak dobrego go już nie spotka.

Z tego wszystkiego można by wywnioskować, że horroru tutaj nie uświadczymy. Otóż nie. Cała końcówka to praktycznie czysta groza. Muszę przyznać, że przez chwilę mocno zwątpiłem w Kinga i sądziłem, że finał będzie wyglądał jakby wyszedł spod ręki Grahama Mastertona. Na szczęście tak nie jest i w końcówce nadal najważniejsi pozostają bohaterowie a nie ukazywanie Zła. To oni napędzają wydarzenia, a nie działanie ich przeciwnika. Wypada to nadzwyczaj pozytywnie i z powolnym tempem powieści idealnie współgra. Dzięki temu otrzymujemy jedną z najciekawszych i najlepiej napisanych końcówek w klimacie grozy w twórczości Kinga.

‚Ręka mistrza’ nie jest dobrą książką dla początkujących Kingowców, chyba że ma się na karku już sporo wiosen i pewne doświadczenie życiowe. Czyta się ją z zaciekawieniem, ale i z pewną trudnością. Objętość również sprawia, że trzeba tej powieści poświęcić trochę więcej czasu. Jednak satysfakcja po lekturze jest ogromna i spokojnie można ją stawić na równi z najlepszymi osiągnięciami Króla.

Autor: ingo

Inne wydania

2013
Prószyński i S-ka
oprawa: miękka (pocket)