Mroczna Wieża VII: Mroczna Wieża

Opis

Członkowie ka-tet zostają rozdzieleni. Pere Callahan toczy w nowojorskim Dixie Pig swój ostatni bój z wampirami. Susan jest świadkiem narodzin potwornego Mordreda i widzi, jak przeistaczające się w pająka niemowlę pożera Mię – własną matkę. Roland i Eddie utknęli w innym świecie – Maine, 1977 – i bardzo pragną połączyć się z resztą ka-tet.

 

Info wydawnicze:

  • Rok wydania: 2004
  • Tytuł oryginalny: The Dark Tower VII: Dark Tower
  • Tłumaczenie: Zbigniew Królicki

Ostatnie wydanie:

  • Wydawca: Albatros
  • Liczba stron: 704
  • Oprawa: miękka


Recenzja

Napisanie cyklu, nazywanego jego dziełem życia, zajęło Kingowi prawie trzydzieści cztery lata. Amerykańcy czytelnicy towarzyszyli Rolandowi w jego wędrówce lat dwadzieścia dwa, przy czym Polscy fani na tę samą przygodę dostali od wydawnictwa Albatros niespełna cztery. Jest to zaledwie namiastka tego co przeżywali czytelnicy zza oceanu, mimo to te cztery lata wystarczyły, aby pokochać bohaterów sagi. Wystarczyły, aby zżyć się z nimi jak z braćmi i aby teraz, gdy cała przygoda dobiegła wreszcie końca, czuć pustkę jakby utraciło się kogoś bliskiego.

Pierwsza książka, która dość mocno nawiązywała do świata Wieży pojawiła się w naszym kraju przed dziesięcioma laty. Była to „Bezsenność”, której polski czytelnik nie był wówczas w stanie całkowicie zrozumieć. Mimo to w jakiś sposób udało jej się rozbudzić nasze nadzieje i od tamtej chwili rozpoczęło się oczekiwanie dnia, w którym dane nam będzie poznać ostateczny koniec całej tej historii. Szczególnie, że to właśnie w „Bezsenności” znajduje się zapowiedź ostatniej przygody Rolanda. Przez te wszystkie lata ukazało się w Polsce multum książek Kinga w większym lub mniejszym stopniu nawiązujących do Świata Pośredniego. Sam King stworzył swój cykl w taki sposób, aby rozliczyć się w nim ze wszystkiego co opublikował do roku 1999. Dlatego ostatni tom „Mrocznej Wieży” śmiało można traktować jako zakończenie pewnego wspaniałego okresu. Jest to zamknięcie bardzo długiego rozdziału z życia autora i można podchodzić do tego na poważnie lub z przymrużeniem oka. W końcu sam King ostatnimi książkami cyklu zgrabnie połączył fikcję z rzeczywistością tworząc z tej serii coś więcej niż tylko zwykłą opowieść.

Siódmy tom cyklu rozpoczyna się w momencie, w którym rozstaliśmy się z bohaterami w „Pieśni Susannah”. Ka-tet nadal jest rozdzielone. Roland i Eddie próbują wydostać się z roku 1977 w stanie Maine, Susannah i Mia szykują się do zakończenia sprawy porodu, ciągnącej się już od kilku tomów, a Jake, Ej i ojciec Callahan rozpoczynają samobójczy atak na, wypełnione po brzegi wampirami i Niskimi Ludźmi, Dixie Pig. W zasadzie od początku książki King wrzuca nas w szaleńczy wir wydarzeń, z każdą kolejną stroną coraz bardziej podkręcając tempo opowieści. Wiele wcześniejszych zagadek zostaje rozwiązanych. Dowiadujemy się kim tak naprawdę jest Mordred, dziecko, które od kilku tomów było motorem napędowym wielu niespodziewanych wydarzeń. Odkrywamy dokąd zabierano bliźniaków z Calla i, tym razem dokładnie, dowiadujemy się do czego wysłannikom Króla były potrzebne ich umysłowe zdolności. Widzimy gdzie przetrzymywani są Łamacze i dokładnie poznajemy wszystkie tajniki ich pracy. Odkrywamy dawne losy przyjaciół Rolanda podczas upadku Gilead i ostatniej szarży rewolwerowców na Wzgórzu Jericho. Oprócz tego cały czas uczestniczymy w bieżących wydarzeniach. Najpierw bierzemy udział w szaleńczym walkach w Dixie Pig i w ataku na Algul Siento. Następnie po raz kolejny ścigamy się z czasem w ostatniej podróży do Maine, aby chwilę później jeszcze raz odwiedzić to co zostało z pustej parceli w Nowym Jorku. Po raz ostatni słuchamy pieśni Róży i poznajemy historię jej obrońców. W ten sposób krok po kroku zbliżamy się do finału naszej wędrówki. Zakończenia pełnego ofiar, cierpienia i bólu. Zakończenia wspaniałego, na które (po tych wszystkich latach oczekiwań mogę powiedzieć to z czystym sumieniem) warto było czekać.

Niektórzy twierdzą, że King nie udźwignął ciężaru Mrocznej Wieży. Uważają, że autora przerosło jego własne dzieło i na końcu wędrówki sam pogubił się w tym co stworzył, niszcząc w ten sposób coś, co początkowo dawało nadzieje na przyszłość. Inni posuwają się jeszcze dalej cytując nieśmiertelną Annie Wilkes – szaloną pielęgniarkę z „Misery” – krzycząc „On nas oszukał!”. Osobiście mam nieco odmienne zdanie na ten temat i gdybym miał również określić tę książkę jednym cytatem kingowego bohatera, byłaby to kwestia, którą w finałowej scenie tej samej historii powiedział Paul Sheldon. Zanim podpalił on maszynopis „Powrotu Misery” wyszeptał jedno zdanie – „Tu jest wszystko”.

I właśnie tym zdaniem śmiało można scharakteryzować ostatni tom przygód Rolanda z Gilead. Jeżeli chcecie dowiedzieć jak zakończy się historia Randalla Flagga, jak potoczą się losy głównego Łamacza, co stanie się ze Stephenem Kingiem, gdzie zakończy się droga ostatnich rewolwerowców i wreszcie co znajduje się na szczycie Mrocznej Wieży, pozostaje tylko zasiąść do lektury i delektować się każdym słowem. Ja ze swojej strony gwarantuję Wam przeżycie wspaniałej przygody i zapewniam, że jeszcze wielokrotnie powrócicie do tej historii. Ja na pewno powrócę do niej nie raz.

Długich dni i przyjemnych nocy.

Dzięki ci sai King.

Autor: Mando

Zacząłem swoją przygodę z cyklem ‚Mroczna Wieża’ w 2002 roku, kiedy po wielu latach oczekiwania wydawnictwo Albatros postanowiło udostępnić polskim czytelnikom pierwszy tom. Nie będę ukrywał, że początkowe sto trzydzieści stron nie porwało mnie. Czytało się to dziwnie i jak na Króla było słabo napisane – choć muszę przyznać, że dialogi jak zawsze u Kinga czytało się świetnie. Dopiero przy rozdziale ‚Wyrocznia i góry’ pojawiła się u mnie fascynacja, która w miarę czytania kolejnych tomów zmieniała się w manię, albo nawet lekką obsesję. Po skończeniu ‚Rolanda’ wiedziałem, że pofrunę dalej z tą opowieścią – w głównej mierze dlatego, że bardzo zaciekawiła mnie rozmowa rewolwerowca z Walterem, a także dowiedziałem się, dlaczego pierwszy tom tak odbiega stylistycznie od innych dzieł Stephena Kinga.

Minęły prawie cztery lata od mementu, w którym skończyłem ‚Rolanda’ i pozwoliłem nieść się dalej tej cudownej, genialnej sadze. I teraz – w końcu! – dotarłem razem z rewolwerowcem na środek Can’-Ka No Rey i do Mrocznej Wieży. Po odłożeniu siódmego tomu na bok czułem straszną pustkę. Naprawdę zżyłem się z bohaterami, pokochałem Świat Pośredni i nie oddał bym żadnej z chwili spędzonych przy czytaniu.

Po tym wstępie chyba pora przejść nareszcie do konkretów, prawda? Postaram się nie zdradzać za wiele z treści ksiązki, ponieważ dla ludzi rozpoczynających wędrówkę ku wieży byłoby to bluźnierstwo, a co najgorsze zepsułoby cały odbiór.

Siódmy tom zaczyna się w momencie, w którym zakończył się tom szósty. Dowiadujemy się, jak rozwiązuje się kwestia porodu oraz ponownie trafiamy na ścieżkę promienia z na nowo połączonym ka-tet. Wędrujemy dalej do wieży przeżywając mnóstwo przygód. Jeśli ktokolwiek marudził na zbyt mało akcji w poprzednich tomach, to w części siódmej na pewno dostanie to, czego chciał. Dzieje się po prostu tyle, że nie sposób odłożyć książki na bok – nawet przerwy na przewrócenie kartki na druga stronę wydają się dłużyć jak godziny.

Czytając te ostatnie siedemset siedemdziesiąt stron Mrocznej Wieży będziemy świadkami wielu wzniosłych momentów, największej strzelaniny w całej sadze, a także będziemy uczestnikami wielu smutnych oraz przerażających scen. Stephen King pisząc ostatni tom dzieła swojego życia wzniósł się na wyżyny literackiego kunsztu. Jeśli słowa i zdania mogą być piękne, to w tej książce na pewno takie są. Sam muszę się przyznać, że po raz pierwszy zdarzyło mi się płakać podczas czytania i przyznaję się do tego bez wstydu. Płakałem bo było mi smutno, a nagromadzone emocje musiały znaleźć gdzieś ujście – kto przeczyta ten zrozumie. W całym swoim życiu nie czytałem nic, co wywoływałoby w odbiorcy tyle uczuć; począwszy od śmiechu, przez niepokój i strach, po żal, rozpacz oraz autentyczne cierpienie.

Sam sporo piszę i chciałbym kiedyś stworzyć coś tak wspaniałego, coś tak genialnego, że zapiera dech. Stephenowi Kingowi się to udało. Napisał najlepszą książkę w swoim dorobku, która zresztą rozlicza wiele z jego powieści, a także najlepszą książkę jaką przeczytałem – a przeczytałem ich naprawdę wiele.

Oczywiście trzeba powiedzieć także kilka słów o zakończeniu. Sam autor pisze, że jest ono jedyne i prawdziwe, a ja w pełni się z nim zgadzam. Sadzę, że wielu czytelników mogło się zawieść, ale ja do tej grupy nie należę, bo przecież w życiu nigdy szczęście nie jest długie i zdecydowanie więcej istnieje tych momentów smutnych, wypełnionych cierpieniem. Jednak u Kinga nic nie jest jednoznaczne i w tym wypadku potwierdza się ta reguła, dzięki czemu powstaje wiele miejsca na własne domysły oraz rozważania. Tak powinno być. Koniec kropka.

Kto jeszcze nie zaczął czytać ‚Mrocznej Wieży’, ten od razu powinien nadrobić braki. Te siedem tomów, pomimo swoich błędów (jest ich sporo, choć dotyczą na ogół rzeczy mało istotnych), stanowi magię, której tak mało pozostało w obecnym świecie. A kto zbliża się do końca niech wstrzyma oddech i szykuje się na mocne wrażenia, piękne chwile, akcję, radość i smutek w ostatniej odsłonie sagi o Rolandzie z Gilead.

Na zakończenie chciałem podziękować (tak, jak uczynił to jeden z poniższych recenzentów) sai Stephenowi Kingowi za stworzenie czegoś tak genialnego i porywającego jednocześnie. Dziękuję Królu! Niechaj Twe życie będzie jeszcze długie i owocne! Długich dni i przyjemnych nocy, Mistrzu!

Autor: Gage

Inne wydania

2006
Albatros
oprawa: miękka
2007
Świat książki
oprawa: twarda
2008
Albatros
oprawa: miękka
2012
Albatros
oprawa: miękka