Jest krew…

Opis

Czytelnicy kochają powieści Stephena Kinga, ale i jego opowiadania – zawsze mocne i zapadające w pamięć – są prawdziwą mroczną ucztą dla zmysłów. „Jest krew…” to cztery nowe, znakomite opowieści, które z pewnością staną się równie sławne jak „Skazani na Shawshank”.

King po raz kolejny pokazuje pełnię swojego kunsztu. W tytułowej noweli Holly Gibney, ulubiona bohaterka czytelników (znana z trylogii o Billu Hodgesie i z „Outsidera”), musi stawić czoło swoim lękom i być może kolejnemu outsiderowi – tym razem w pojedynkę. „Telefon pana Harrigana” opisuje międzypokoleniową przyjaźń, która trwa po grób… a nawet dłużej. „Życie Chucka” ilustruje ideę, że każdy z nas posiada wiele osobowości. A w „Szczurze” niespełniony pisarz boryka się z ciemną stroną swojej ambicji.

Opowieści te nie tylko prezentują w całej okazałości maestrię autora, ale również pokazują, że pewne tematy są nieprzemijające. Jednym z motywów przewodnich utworów Kinga jest zło, które występuje także w „Jest krew…”, przedstawione w tytułowej noweli jako „duży, uszargany, lodowatoszary ptak”. Stale obecne jest jednak też przeciwieństwo zła, w twórczości Kinga przybierające często postać przyjaźni. King przypomina nam, że codzienne przyjemności, choć ulotne, właśnie dzięki tej ulotności są piękne – czy jest to niespotykanie piękny, pogodny dzień po długich tygodniach szarugi, czy frajda z tańca, w którym idealnie wychodzi każdy krok, czy też nieoczekiwane miłe spotkanie. W takich momentach przekonujemy się, że Stephen King potrafi nie tylko przyprawić o dreszcz przerażenia, ale i perfekcyjnie opisać radość w jej najczystszym wydaniu.

Info wydawnicze:

  • Rok wydania: 2020
  • Tytuł oryginalny: If It Bleeds
  • Tłumaczenie: Tomasz Wilusz

Ostatnie wydanie:

  • Wydawca: Prószyński i S-ka
  • Liczba stron: 512
  • Oprawa: miękka


Recenzja

„Jest krew…” to czwarty w dorobku Stephena King zbiór czterech tekstów nazywanych różnie – mini-powieściami, nowelami czy długimi opowiadaniami. Tym razem jest jednak pewna różnica, jeden z tekstów – „Jest krew, są czołówki” – jest dużo dłuższy od pozostałych, ma 220 stron. To więcej (a biorąc pod uwagę sposób wydania to dużo więcej) niż „Pudełko z guzikami Gwendy” i „Uniesienie”, które zostały wydane jako samodzielne pozycje. To tylko kolejny raz pokazuje jak dziwnym posunięciem było wydanie tamtych tytułów w taki sposób. Czy zatem „Jest krew, są czołówki” powinno być wydane jako osobna powieść? Widzę argument zarówno za jak i przeciw.

„Jest krew, są czołówki” to trzeci w kolejności tekst w omawianym zbiorze. Można go określić jako kolejny tom z serii „trylogia Billa Hodgesa + Outsider”. Akcja rozgrywa się nieco ponad rok po wydarzeniach, które śledziliśmy w „Outsiderze” i najeżony jest nawiązaniami do tamtej historii ale także do bohaterów jeszcze z trylogii o mordercy z mercedesa. Główną bohaterką jest Holly Gibney ale powraca także rodzeństwo Robinsonów. Tak jak „Outisder” jest autonomiczną powieścią ale zdradzającą szczegóły z trylogii tak „Jest krew” także wydaje się być zupełnie osobną opowieścią a jednak zdecydowanie zalecana jest znajomość wspomnianych już książek.
Wracając do pytania czy ta mini-powieść powinna czy mogłaby być  wydana samodzielnie. Z jednej strony czytało mi się ten tekst bardzo dobrze, King od początku wzbudził moje zainteresowanie i napisał go na tyle interesująco, że pochłonąłem go szybciej i z większym zaangażowaniem niż pozostałe pozycje ze zbioru. Z drugiej jednak strony, gdyby to była samodzielna książka, na pewno czułbym rozczarowanie. Myślę, że jest to jednak zbyt pokrewny „Outsiderowi” temat aby zaledwie po 2 latach (a właściwie w ogóle) wydawać go jako kolejną powieść. Czuć też, że nie jest to pełnoprawna powieść, wydaje się, że to po prostu dodatkowa historia z uniwersum, idealna właśnie do zbioru. Coś na zasadzie „Siostrzyczek z Elurii”, która była nową opowieścią z uniwersum Mrocznej Wieży ale jednak skondensowaną i wrzuconą do zbioru różnych opowiadań. Z drugiej strony „Jest krew, są czołówki” nie pasuje tematycznie do tej książki. Nie wiem czy świadomie i celowo ale autor pisząc pozostałe nowele nadał tej książce temat przewodni, do którego nie wpasowuje się przygoda Holly Gibney.

A tematem, który przewija się przez resztę zbioru jest niepewność charakteru wydarzeń i zjawisk, jakich doznają bohaterowie. Pierwsza nowelka, „Telefon pana Harrigana”, przedstawia nam więź jaka zawiązała się między młodym chłopakiem a starszym mężczyzną. Na myśl mogą tu przyjść „Serca Atlantydów” i słusznie, tutaj jednak historia zmierza w innym kierunku. Ta opowieść również mocno przykuła moją uwagę, mimo, że przez długi czas wydaje się, że nic konkretnego się tu nie dzieje i nie zadzieje. Warto jednak pozostać przy lekturze bo z biegiem stron robi się ciekawie i czułem tu mocne napięcie, niepewność i lekki strach. Za co jestem Kingowi bardzo wdzięczny bo niestety jestem osobą, która takich emocji doznaje jedynie przy kinie a nie literaturze. I właśnie takich emocji dostarczył mi motyw przewodni, o którym wspominałem – niepewność, czy przedstawione wydarzenia naprawdę miały miejsce, czy można je wytłumaczyć w sposób racjonalny.

Kolejny tytuł zbioru to „Życie Chucka”. Z tą nowelką miałem problem do tego stopnia, że po zakończeniu całej książki, o życiu Chucka musiałem przeczytać jeszcze raz. Pierwszy kontakt okazał się kompletnie nieudany, właściwie nie zrozumiałem co przeczytałem i o czym to było. Na pewno nie pomogły złe emocje, które dość szybko bardzo mocno mnie nabuzowały co wpłynęło na koncentrację i kończyłem lekturę na zasadzie „będę skakał co drugie zdanie to szybciej dobiję do brzegu”. Opowieść ta przedstawia tytułowego Chucka w trzech różnych etapach jego życia i także zawiera delikatne motywy, o charakterze których można rozmyślać  po zakończonej lekturze. Co ciekawe, sam początek „Życia Chucka” jest kapitalny, byłem zachwycony pomysłem, okazało się jednak, że King mnie nabrał i akcja noweli jest inna niż można było się spodziewać.

„Szczur” to ostatni tytuł w zbiorze i tak jak poprzednie dwa pozwala interpretować opisane wydarzenia na różne sposoby. To jest niewątpliwie ogromną zaletą książki „Jest krew…”, stwarza pole do interpretacji i dyskusji między czytelnikami i na pewno pojawią się spory o to, co tak naprawdę przydarzyło się bohaterom. Sam już takie przeprowadziłem. „Szczur” od początku buduje kapitalną atmosferę, niespełniony pisarz, wyjeżdża do chaty w środku lasu by tam po raz ostatni dać sobie szansę na stworzenie powieści. Temat wydaje się oklepany niemiłosiernie a jednak wsiąkłem w tę opowieść natychmiast. King bardzo plastycznie stworzył ten świat, wyjątkowo mocno działała mi tu wyobraźnia. Następnie na scenę wkracza tutaj tytułowy gryzoń i niestety ten element mnie zawiódł. Jest to jednak jedyny minus bo zakończenie historii daje satysfakcję.

Podsumowując, zbiór „Jest krew…” oceniam pozytywnie, znalazłem tu dla siebie trzy ciekawe, udane, wciągające historie, do których na pewno kiedyś z przyjemnością powrócę. Jest też i czwarty tekst, do którego już raz powróciłem i myślę, że to nasze ostatnie spotkanie. Dla osób, które lubią „Pana Mercedesa” i „Outsidera” na pewno kolejna przygoda z Holly Gibney będzie satysfakcjonująca. Ja z radością powitałem specyficzną panią detektyw, która cały czas przechodzi ewolucję i coraz bardziej staje się inną osobą niż była kiedyś ale także Jerome’a z siostrą. Nowy rodzaj outsidera także wydaje mi się ciekawy i szczerze mówiąc jeśli jeszcze kiedyś pojawi się opowiadanie z tego uniwersum, nie będę miał nic przeciwko. „Telefon pana Harrigana” to początkowo ciepła a następnie wywołująca dreszcz historia, myślę, że jedna z lepszych z krótszych form autora. „Szczur” poza klimatem daje też ciekawą rzecz do przemyślenia, jak samemu postąpiłoby się na miejscu bohatera. Rok temu King rewelacyjnie zrobił to w „Instytucie”, tutaj ma to zdecydowanie mniejszy kaliber ale jednak ta opowieść zostaje w głowie na dłużej. Także „Jest krew…” uważam za książkę udaną i wartą przeczytania.

Autor: nocny