Historia Lisey

Opis

Minęły dwa lata od śmierci Scotta, męża Lisey Debusher Landon. Ich trwający 25 lat związek spajało głębokie, bardzo intymne uczucie. Scott – sławny i nagradzany pisarz, autor bestsellerów, był wyjątkowym człowiekiem. Zanim się pobrali, Lisey dowiedziała się od męża o krwawych źródłach jego twórczości i odwiedziła Księżyc Boo’ya, na który często uciekał. To miejsce w równym stopniu przerażało jak i koiło udręczony wspomnieniami umysł pisarza, a zarazem było źródłem inspiracji. Teraz nadszedł czas by Lisey ponownie udała się na Księzyc Boo’ya i stawiła czoła szaleństwu i demonom, które brutalnie wdarły się do jej świata i rodziny. Zwykłe porządkowanie dokumentów po zmarłym mężu przez wdowę, staje się podróżą w głąb mroku, w którym przebywał za życia Scott Landon.

‚Historia Lisey’ jest bez wątpienia najbardziej osobistą i szczerą powieścią Stephena Kinga. Sam autor mówi o książce: „jest o miłości, małżeństwie, więzach krwi i szaleństwie”.

Info wydawnicze:

  • Rok wydania: 2006
  • Tytuł oryginalny: Lisey’s Story
  • Tłumaczenie: Maciejka Mazan, Tomasz Wilusz

Ostatnie wydanie:

  • Wydawca: Prószyński i S-ka
  • Liczba stron: 528
  • Oprawa: miękka


Recenzja

W 1999 roku Stephen King przeżył bardzo poważny wypadek samochodowy. Po tym wydarzeniu zaczął nieco inaczej dostrzegać pewne rzeczy. Zdał sobie sprawę, że powoli dobija do sześćdziesiątki, a jego życie przestaje być już zwykłą zabawą. Wtedy także zrozumiał, że może już nie mieć drugiej szansy na dokończenie rozpoczętych przed laty projektów. W ten sposób cały początek XXI wieku zdominowany został przez cykl ‚Mroczna Wieża’. Pisarz postanowił zakończyć sagę swego życia i to jej poświęcił każdą chwilę. Od tego momentu losy dalszej kariery Kinga nie były do końca sprecyzowane. Po uporaniu się z cyklem o ostatnim rewolwerowcu, Steve postanowił trochę odpocząć, przez co pojawiły się nawet dość poważne pogłoski o domniemanej emeryturze Króla. Plotka ta dość szybko została zdementowana, jednak cały czas odnosiło się nieodparte wrażenie, że King zaczął traktować swą pracę bardziej jak zabawę. Sam pisarz sprawiał wrażenie jakby do końca nie wiedział co chce teraz robić. Raz wygłaszał oświadczenia, że na dobre kończy z fantastyką i horrorem, aby chwilę później zapowiedzieć publikację jednej z najbardziej krwawych książek o zombie, w swojej karierze. Rozpoczął nawet prace na musicalem. Następnie opublikował krótki kryminał napisany na zamówienie oraz nową wersję jednej z pierwszych powieści. Dopiero w roku 2006 przyszła pora na pierwszą prawdziwą (mam tu na myśli coś co nie jest tylko ciekawostką dla fanów) powieść. W styczniu pojawiła się ‚Komórka’, teraz dostajemy ‚Historię Lisey’. Polskiemu czytelnikowi właśnie ta druga książka odpowie na pytanie w jakiej formie jest dziś nasz ukochany pisarz.

King początkowo chciał aby była to książka opowiadająca przyjemną, zabawną historię ignorowanej przez wszystkich żony pisarza, która tak naprawdę jest jego prawą ręką i która to stoi za każdym sukcesem swego męża. I w taki właśnie sposób czytelnik zostaje wprowadzony w życie Lisey Landon. Pierwsze rozdziały to utrzymany w klimacie genialnego ‚Worka kości’ opis poczynań wdowy, która po dwuletniej żałobie decyduję się wreszcie uprzątnąć pracownie męża. Scott Landon zdaje się pod wieloma względami być kopią samego Kinga co pozwala przypuszczać, że poczciwa Lisey jest w pewnym sensie odpowiednikiem Tabithy (zresztą pisarz w krótkim wstępie zaznacza, że opisując zażyłe relacje miedzy siostrami głównej bohaterki, czerpał garściami z codziennej obserwacji swej żony i jej rodzeństwa). Już na samym początku dostaje się również fanatycznym czytelnikom zmarłego pisarza. Chuck Verril powiedział kiedyś w żartach, że King śmiertelnie boi się swoich fanów. Biorąc pod uwagę zachowanie niektórych z nich (patrz niżej podpisany:-) nie należy się mu dziwić. W tekstach opisujących perypetie pisarzy, King często wplatał jednoznaczne aluzje dotyczące tych najbardziej fanatycznych wielbicieli. W ‚Historii Lisey’ nie zostawia na nich suchej nitki. Jeżeli jakiś bohater lubi książki Scotta to od razu wiadomo, że musi to być psychopata.

To właśnie jeden ze wspomnianych wariatów sprawia, że historia staje się robić coraz bardziej poważna. King nigdy nie planuje książek z góry, twierdząc, że każda powieść piszę się w zasadzie sama. W tym przypadku także, w pewnej chwili historia zaczyna toczyć się własnym torem i jak twierdzi autor książki, tym momentem było pojawienie się na scenie Jima Dooleya. Od tej pory książka zaczyna zahaczać klimatem o kolejny rewelacyjny tekst Kinga – ‚Tajemnicze okno, tajemniczy ogród’. Jednocześnie przestajemy obserwować senne życie wdowy, a zaczyna się robić coraz bardziej fantastycznie. Historia staje się coraz bardziej nadprzyrodzona, a sama książka robi się niesamowicie dziwna. W pewnym momencie wydarzenia gmatwają się w taki sposób, że w zasadzie nie wiadomo już co (i kiedy) dzieje się w rzeczywistości. Dodatkowo bohaterowie posługują się wymyślonym przez siebie językiem i przychodzi taki moment, że wszelkie smerdolone bafy, złamazie i zniki mogą zacząć irytować czytelnika. Dzięki Bogu, ostatecznie każdy element układanki trafia na swoje miejsce. King z grubsza wyjaśnia wszystkie zagadki i daje odpowiedzi na większość pytań postawionych w tekście, a sama historia, gdy wreszcie dobiega końca, okazuje się być naprawdę wspaniałą, wzruszającą opowieścią. Co ciekawe do pewnego momentu w zasadzie nie wiadomo czy mamy do czynienia z jedną z najbardziej fantastycznych książek Kinga, czy jest to zwykła obyczajówka, a zdarzenia rozgrywające się na Księżycu Boo’ya to tylko fantazje bohaterów. Sam autor twierdzi, że powieść tę interpretować można na dwa sposoby: „Możesz spojrzeć na całość i powiedzieć, że przygody męża Lisey, Scotta, na Księżycu Boo’ya są czymś czego jego wyobraźnia potrzebowała […] To zależy od ciebie.”

‚Historia Lisey’ to z jednej strony bardzo nietypowa książka Kinga. Większość wydarzeń to przemyślenia głównych bohaterów rozgrywające się w dziwnych miejscach o dziwnych nazwach (King często wymyśla w swoich książkach nowe słowa, ale tutaj przeszedł już samego siebie). Z drugiej natomiast otrzymujemy typowego Kinga. Wydarzenia, które rozgrywają się w realnym świecie obfitują w całą masę powiązań do wcześniejszych utworów Króla. Co ciekawe, nie są to tak perfidne, rzucone prosto w twarz, nawiązania jakimi charakteryzowała się saga ‚Mroczna Wieża’ czy np. serial ‚Szpital Królestwo’. Są to prawdziwe smaczki dla fanów w stylu starego dobrego Kinga, takie, które dostarczą przyjemności tylko znawcom tematu, a laikom absolutnie nie zepsują lektury.

W trakcie czytania nowej powieści sądziłem, że nie dorównuje ona najlepszym książkom Kinga. Nie miałem jej absolutnie nic do zarzucenia, ale uważałem, że do gigantów jej jednak trochę brakuje. Gdy skończyłem książkę i po kilku dniach usiadłem do pisania recenzji, zacząłem się zastanawiać dlaczego niby nie można jej równać z najlepszymi. Myślałem dłuższą chwilę i nie znalazłem ani jednego powodu. Mimo wszystko nie byłem jeszcze do końca przekonany do najwyższej oceny. Po kilku kolejnych dniach doszedłem do wniosku, że historia Lisey i Scotta cały czas siedzi mi w głowie. Raz po raz wracałem myślami na Księżyc Boo’ya i po prostu nie mogłem oderwać się od tego co przed laty wydarzyło się w pewnej piwnicy, od nocy spędzonej w motelu, od wycieczki pod Drzewo Mniam-Mniam i od spokojnej obserwacji pięknych Malw. Już teraz wiem, że 24 października jeszcze raz przeczytam tę historię i z pewnością, co jakiś czas będę do niej wracał, tak ja ma to miejsce w przypadku najlepszych książek Króla.

Do światowej premiery pozostał miesiąc. Kilka dni temu byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, mogąc jako jeden z pierwszych fanów przeczytać nową powieść. Dziś troszkę mi smutno, że mam to już za sobą. Przed zwolennikami Kinga jeszcze cztery tygodnie oczekiwań, podczas gdy mi pozostało śledzić plany Króla na najbliższą przyszłość i liczyć, że kolejne powieści będą na takim samym poziomie jak ta. Zapewniam wszystkich, że King absolutnie nie wypalił się (jak to sugerowano), nie spoczął na laurach i nie stracił nic ze swojej siły. ‚Historia Lisey’ to świetna książka, na którą naprawdę warto było czekać.

Autor: Mando

Po postawieniu kropki kończącej ostatnie zdanie ‚Historii Lisey’ Stephen King stwierdził, że to jego szczyt, na który już nigdy więcej może się nie wspiąć. Dlaczego? Może dlatego, że to bardzo osobista książka? Może dlatego, że jest najbardziej ambitna i poważna? Może powodem był też język jakim została napisana. Styl nadal jest z miejsca rozpoznawalny, lecz King szczególną uwagę poświęcił tutaj formie. Jak powiedział niedawno, „język jest bardziej istotny niż był kiedyś”. To wszystko powoduje, że ‚Historia Lisey’ wyróżnia się w pisarskim dorobku Stephena Kinga.

Początek powieści jest bardzo poetycki. Autor zdobi zdania, dobiera starannie słowa, celowo wykręca wyrażenia, wymyśla nowe wyrazy. Nie czyta się tego szczególnie gładko, tym bardziej, że nie zostajemy rzuceni w wir wydarzeń, dzięki któremu przerzucalibyśmy kartki czym prędzej, jedna za drugą. Spokojnie i powoli poznajemy poprzez wspomnienia Lisey, jej życie, męża, siostry. Wybitnie obyczajowa powieść – takie jest pierwsze wrażenie. Coś innego, jakby inny autor, ale jednak z pomiędzy tego słowotwórczego natłoku wybija się dobrze znany i lubiany styl. Wraz z upływającym czasem i powiększającą się ilością kartek po lewej stronie książki a malejącą po prawej, poetyckość schodzi na coraz dalszy plan, tekst staje się płynniejszy, a sama fabuła coraz ciekawsza.

‚Historia Lisey’ jest takim małym gatunkowym tyglem. Do obyczaju dołącza sensacja, następnie thriller, pojawia się element mocnego horroru aż w końcu jest i fantasy. Pierwsze cztery gatunki świetnie zostały wymieszane tworząc ciekawą historię. Fantasy jest jednak tym elementem książki, który mi się nie spodobał, przez który moja ocena całości jest niższa. Tym, którzy polubili ‚Talizman’, może spodobać się także i ta odsłona ‚Lisey’. Moje poważne zastrzeżenia są podobne w przypadku wspólnej książki Kinga i Strauba i nowej, samodzielnej powieści Stephena, bo dotyczą tej samej kwestii – przenoszenia się do innej rzeczywistości. W ‚Talizmanie’ to była kwestia techniczna, nie spodobał mi się sposób w jaki bohater podróżował między światami. W ‚Historii Lisey’ drażni nie tylko podobny sposób „przechodzenia”, ale sam fakt obecności takiego wątku. Powieść zapowiadała się na poważniejszą, bardziej prawdziwą, z wyższej półki, a takie posunięcie trochę zburzyło ten obraz. King stworzył świetne postacie, mamy Scotta, którego dzieciństwo to piekło, a dorosłość to pasmo sukcesów, które przerywa zamach. Mamy Lisey, która musi stawić czoło śmierci sławnego męża, poważnym zachwianiom psychicznym siostry i walce z psychopatycznym fanem Scotta, napuszczonym przez żądnego spuścizny sławnego pisarza, profesora akademickiego. To elementy, z których może powstać bardzo dobra książka, nie potrzeba tu nadnaturalnych elementów fantasy. Kierują one powieść na inne tory, szkoda.

King nie raz już mierzył się z motywem kobiety w swojej twórczości. Poczynając od pierwszej wydanej książki, ‚Carrie’, poprzez kobiecą trylogię ‚Gra Geralda’, ‚Dolores Claiborne’ i ‚Rose Madder’. W nowej powieści znów powraca studiując kobiecą psychikę. Z postaci ukrytej za plecami męża, czyni Lisey silną kobietą, która przejmuje stery swojego życia. Ponownie pisarz udowadnia, że świetnie potrafi wykreować bohatera, kształtować i rozwijać prowadząc go przez kolejne strony książki. A psychika kobiety nie ma przed nim tajemnic.

Nowa powieść zawiera też nieco smaczków dla fanów. Znów możemy napotkać powiązania z twórczością Kinga , pojawiają się bohaterowie i miejsca z wcześniejszych książek (i nie tylko). Po wielu latach ponownie odwiedzamy Castle Rock, pojawia się także Derry, czyli dwa najważniejsze miejsca w uniwersum Kinga. Naprawdę przyjemnie jest wyłapywać drobne prezenty jakie przez całą książkę podrzuca nam autor.

‚Historia Lisey’ to w moich oczach dobra książka. Dobra historia z potencjałem na znakomitą powieść z górnej półki. Nieco nowatorska w twórczości tego pisarza, ze względu na język i nieco poważniejsze tło. Piękna opowieść o miłości, przyjaźni, oddaniu, walce z demonami przeszłości i o spokojną przyszłość. Nie trafia jednak ta książka do czołówki moich ulubionych. Może, gdyby nie ta poważna rysa jakim jest element nadnaturalny… Niemniej jednak już niedługo jeszcze raz siądę do lektury bo naprawdę warto.

W tym roku Stephen King wydał dwie powieści – ‚Komórkę’ i omawianą tu ‚Historię Lisey’. Dwie skrajnie inne książki, to cieszy, bo pokazuje, że nasz ulubieniec wciąż ma pomysły, nie powtarza się, potrafi zaskoczyć i zauroczyć. Chociaż z drugiej strony, obie książki nie zdołały zająć najwyższych miejsc w moim osobistym rankingu. Ale to kwestia gustu, nic więcej. Czekam na przyszły rok i kolejną podróż w świat Kinga.

Autor: nocny

Na początku chciałem się przyznać do czegoś. Otóż odkąd skończyłem czytać cykl Mroczna Wieża moje podejście do książek Kinga się zmieniło. Jego książki na jakiś czas przestały mnie przyciągać do siebie i czułem się z tym zupełnie normalnie. Wybierając się do biblioteki – albo do księgarni – w celach znalezienia jakiejś ciekawej lektury, niejako omijałem szerokim łukiem półki z opowieściami Króla. Nagle zatraciłem chęć przeczytania jego kilku książek, z którymi nie miałem jeszcze przyjemności obcować. Zamiast tego sięgałem po literaturę całkowicie odmienną od tego, co prezentuje na ogół Stephen King – fascynował mnie realizm magiczny bądź powieści obyczajowe ze sporą ilością cynicznego humoru (szczególnie John Irving coraz częściej gościł u mnie w domu). Tak naprawdę nie wiem dlaczego tak się stało, ale wydaje mi się, że potrzebowałem jakiegoś rodzaju odskoczni od światów kreowanych przez Króla – można stwierdzić, że musiałem ponownie naładować baterię. Jednak – na szczęście! – fascynacja opowieściami Kinga powróciła do mnie, a stało się to w momencie wydania jego najnowszej powieści ‚Historia Lisey’.

Praktycznie od momentu, w którym przeczytałem pierwsze wzmianki na temat tej książki, wiedziałem że może się ona stać jednym z najciekawszych dzieł w dorobku Stephena Kinga. I po skończonej lekturze muszę przyznać, że nie myliłem się w swoich przypuszczeniach. Pierwsze odczucie po przeczytaniu kilku początkowych stron ‚Historii Lisey’, to wyobcowanie. Wydaje się nam, że trafiamy w miejsce, w które trafić nie powinniśmy, a co najgorsze obecne tam osoby nie życzą sobie naszej obecności. Możecie mi wierzyć, że tak dziwnego Kinga jeszcze nie czytaliście. Już od pierwszych akapitów uderza inny, bardziej wymagający styl, który do zrozumienia wymaga olbrzymiej koncentracji. Prosty przykład: ‚Historię Lisey’ zacząłem czytać w tramwaju i podczas trwającej dwadzieścia minut jazdy przebrnąłem przez pierwsze cztery strony (razem ze wstępem), przy czym kilkukrotnie musiałem czytać po dwa razy niektóre zdania, a po przyjeździe do domu i tak zacząłem książkę od początku. Naprawdę styl tej powieści skutecznie utrudnia odbiór. Nie chodzi o to, że jest mało klarowny – po prostu pojawiające się neologizmy zakłócają odbiór treści. Na szczęście tak jest tylko na początku. Im głębiej zapuszczamy się w ‚Historię Lisey’ tym bardziej zaczyna nas ona fascynować i wciągać. Neologizmy stają się czymś normalnym, a przede wszystkim zaczynamy rozumieć ich sens.

Fabuła najnowszej powieści Stephena Kinga jest bardzo prosta: mamy wdowę, która po dwóch latach od śmierci swojego męża-pisarza postanawia uprzątnąć jego gabinet i właśnie ta scena staję się punktem wyjścia do całej akcji. Tytułową Lisey i jej męża Scotta spajało bardzo intymne i głębokie uczucie, dzięki czemu obydwoje byli w stanie zachować między sobą sekret – tajemnice tragicznego dzieciństwa Scotta oraz miejsca, do którego uciekał i skąd czerpał natchnienie. W dwa lata po jego śmierci przyjdzie Lisey udać się na Księżyc Boo’ya, gdzie będzie musiała stawić czoło szaleństwu oraz demonom, które zaczną zakradać się w jej życie. Od wyniku tej walki zależy przyszłe szczęście Lisey, jej rodziny, a także wieczne ukojnie dla Scotta.

Tak w skrócie przedstawia się fabuła ‚Historii Lisey’. Zapewne zastanawiacie się czy wyłącznie o tym jest ta książka? Moim zdaniem nie! ‚Historia Lisey’ to przede wszystkim piękna opowieść miłosna, która w kapitalny sposób ukazuje jak głęboki może być związek między dwójką ludzi. Jak już pisałem Lisey i Scotta łączyło bardzo intymne uczucie, które dawało im siłę do dalszego życia, ukojenie i szczęście. Głównie Scottowi było to potrzebne, ponieważ błądził w mroku, a tylko Lisey potrafiła go odnaleźć i wyciągnąć na światło dzienne, gdzie nareszcie mógł być bezpieczny, gdzie nie było czyhającego na niego długaśnika. Stephen King naprawdę pięknie pisze o tym wszystkim i pozostaje się tylko domyślać (choć we wstępie podkreśla, że Lisey to nie Tabby), jak głęboka jest miłość Króla do swojej Królowej.

Kolejnym ważnym elementem ‚Historii Lisey’ jest groza, a możecie mi wierzyć, że tej jest co niemiara. Początkowo jej siłą napędową staje się obłąkany wielbiciel twórczości Scotta, który zaczyna nachodzić Lisey. Jednak jest on niejako przystawką przed głównym daniem. Naprawdę obłędne sceny rozpoczynają się dopiero w momencie, w którym bohaterka przypomina sobie, co faktycznie stanowiło ciemną stronę życia jej męża i jeszcze później, gdy sama musi skonfrontować się z jego demonami. Szczególnie sceny, w których wspomnienia zaczynają do niej powracać można uznać za bardzo udane. Z ‚Historii Lisey’ zapadło mi w pamięć wiele pełnych napięcia chwil, ale jedna szczególnie kołacze się po mojej głowie. Gdzieś w drugiej części książki Lisey siedzi w opustoszałym domu, a za oknem nadchodzący mrok rozprasza już i tak nikłe promienie Słońca. W końcu nastaje ciemność. Samotna Lisey zaczyna rozmyślać o przeszłości, w której tak samo jak na dworze czai się mrok. Opisy otoczenia, powracających wspomnień i tęsknota są wówczas tak sugestywne, że aż ciarki przechodzą. Dodatkowo w finale całość układa się niemal zgodnie z logiką, a co najważniejsze potrafi zaskoczyć i przerazić – szczególnie opowieść Scotta dla Lisey.

Co do minusów najnowszej książki Stephena Kinga, to ja osobiście ich nie dostrzegam – choć niektórym może nie pasować bardziej wymagający styl oraz wątek fantastyczny. Bardzo spodobała mi się konstrukcja tej powieści: mamy liczne retrospekcje, świetnie oddane uczucia (grozę, napięcie, miłość, smutek, radość), a także wspinające się na wyżyny wykorzystanie strumienia świadomości, które porównań do Prousta czy Faulknera wcale nie czyni śmiesznymi, czy „na wyrost”. Jeżeli ktokolwiek uważał, że Stephen King traci formę, to mam nadzieję, że ‚Historia Lisey’ skutecznie zamknie usta takim osobom. Moim zdaniem King jest obecnie w najlepszej dyspozycji, ponieważ nie tylko tworzy doskonałe opowieści, ale i także nadaje im genialną formę, w której wszystko stoi na bardzo wysokim poziomie, nieosiągalnym dla zwykłych zjadaczy chleba. Na dodatek jego historie nadal mają w sobie to „coś” czyli grozę, intrygujący pomysł, masę uczuć, kapitalny styl oraz wyczuwalną w każdym zdaniu pasję pisania. A to chyba jest najważniejsze. Bo w momencie, w którym pasja umiera, pisanie oraz satysfakcja czytelników giną wraz z nią.

Autor: Gage

To niezwykłe jak o kobiecie może pisać mężczyzna – w tym przypadku tak nietuzinkowy jak Stephen King – czytając „zaproszenie do lektury” na okładce nie spodziewałam się tak zaskakującej treści. Krwawa love story? Hmm… zapachniało mi to trochę za bardzo tanim sentymentalizmem, co prawda być może zakrwawionym, ale jednak zdecydowanie mdląco-cukierkowym.

Zaczęłam czytać i każda kolejna strona sprawiała, że coraz bardziej byłam zaskoczona i oczarowana. O czym tak naprawdę jest ta książka? O kobiecie-wdowie? O pisarzu-mężu? O szaleństwie? Zapewne o wszystkim po kolei, ale dla mnie jest najbardziej o sile wyobraźni i miłości – jest o niewyobrażalnie (dla tych którzy nigdy tego nie przeżyli) ogromnym uczuciu.

Każdy z nas doświadcza w życiu strat, wiemy, że najboleśniejsze to te, kiedy tracimy kogoś najbliższego. King uchyla lekko drzwi tajemnicy dotyczącej drugiej strony, zaprasza abyśmy przekroczyli jej progi. Rodzi się w tym momencie pytanie – kto ma na tyle odwagi, żeby wejść za życia w najciemniejsze zakamarki wspomnień i to nie za pomocą kart książki tylko naprawdę? Lisey ją ma. Kobieta która kocha prawdziwie ją ma (bo miłością-ością w gardle/sercu jesteś mą, zawsze i we mnie masz swój dom).Czy gdyby nawet nic jej nie zagrażało (w tym przypadku odziany w ogrodniczki Zaak) poszłaby śladem z każdą chwilą coraz wyraźniejszych skrawków przeszłości, żeby odnaleźć męża? – myślę, że tak by zrobiła, zdecydowanie.

Ktoś kto dał się porwać ‚Alicji w krainie czarów’ bez problemu odnajdzie się w lekturze ‚Historii’ – nieważne czy zaproszeniem do wyprawy w głąb duszy/pamięci/serca jest królik albo srebrna łopatka, ciekawość i tak pcha pomimo obaw co może być po drugiej stronie lustra czy na księżycu Boo’ya.

Przyznaję się bez bicia – nie przeczytałam wszystkiego co napisał Stephen King, mam na swoim koncie około dziesięciu „połkniętych” jego książek. Za każdym razem sięgając po tę twórczość wiedziałam czego mogę się spodziewać – na 100% czytania do późnej nocy i dreszczy na plecach podczas nocnych spacerów po mieszkaniu. Tego też oczekiwałam po ‚Historii Lisey’, a tymczasem odnalazłam w niej ciepło, co prawda nie słonecznie jasne, raczej mocno przyciemnione, ale zarazem niezwykle urzekające. Wersy poprzetykane są perełkowatymi określeniami dzięki którym zwykłe powiedzenia nabierają blasku – czytam kolejne zdania i tu nagle jak królika z kapelusza S.K. wyciąga „złamazię”, „smerdolenie” czy mojej absolutnie ulubione „słodki łysy Jezu”. Radość, którą daje odkrywanie kolejnych słownych smaczków nie wybija z rytmu i nie spycha na dalszy plan głównego nurtu powieści.

Jeśli ktoś wierzy w anioły będzie czytał tę książkę z wielką przyjemnością – oczywiście ktoś taki, dla kogo nie są one świetlistymi postaciami machającymi skrzydełkami z błogim uśmiechem na obliczu… Zdecydowanie więcej tu Johna Constantine’a znanego szerzej z ekranizacji komiksu, czy aniołów z filmu ‚Dogma’ – bardziej ludzkich niż eterycznych. Miłośnicy mrocznych stron życia po przeczytaniu tej ksiązki nie powinni być zawiedzeni, a jeśli zdarzą się tacy, którzy są wyznawcami stwierdzenia „kobieta – słaba płeć” (smerdol się szowitrąbo i na drzewo sino-bure leć) będą zaskoczeni. Co ważne jeszcze, określenie „siła sióstr” nabiera po lekturze ‚Historii Lisey’ nowego znaczenia, już nie prześmiewczej „solidarności” pewnych organów wewnętrznych lub feministycznych posmaków, ale mocy więzów krwi i telepatycznego porozumienia, któremu żadne szaleństwo nie jest w stanie zagrozić.

Nie mam się do czego przyczepić. Jest to jedna z niewielu książek, która podobała mi się od początku do samego końca i tak się akurat złożyło, że była balsamem na moje serce-wiecznie-wielce-w-poniewierce. Więc brawo Panie King – za miłość i szacunek do kobiet, za wiarę w ich siłę i mądrość, za umysł otwarty na wrażliwość i wątpliwości babskiej natury. Za to, że wierzy Pan w to, że istnieją na świecie istoty, których jedynym celem w życiu nie jest rodzenie/gotowanie/sprzątanie (niepotrzebne skreślić lub o zgrozo podkreślić wszystko). Jeśli jedna z nich przeczyta opowieść o Lisey, to zrozumie, co kolokwialnie ujmując „autor miał na myśli” – kobieta to takie niezwykłe stworzenie które dla miłości ukradnie, ucieknie, stanie na głowie, zje talerz sfermentowanych mrówek i zastrzeli szaloną gadzinę, która śmie w buciorach wchodzić na jej prywatny teren i basta (a jak zajdzie potrzeba to przywali na zakończenie formą do ciasta)!

PS. Tak naprawdę to chylę czoło z przed żoną S.K., bo jak w mordkę strzelił z pięty to ona musiała być inspiracją tej niezwykłej książki.

Autor: effunia

Inne wydania

2006
Prószyński i S-ka
oprawa: miękka
2013
Prószyński i S-ka
oprawa: miękka (pocket)