The Dark Tower: The Little Sisters of Eluria #4

The Dark Tower The Gunslinger The Little Sisters of Eluria 04Opis

Jeżeli w przeciągu kilku chwil Roland Deschain się nie uwolni, zostanie pożarty przez budzące postrach siostrzyczki! Zakonnice przygarnęły go z powodu śmiertelnych ran jakich doznał, ale od tego czasu zorientował się, że leczenie to ostatnia rzecz jaką się one zajmują. Siostrzyczki są tak naprawdę wampirycznymi istotami pragnącymi wyssać życie ze zbłąkanych wędrowców. Bezradny na swoim łożu boleści ostatni z linii Arthura Elda może wkrótce przestać istnieć, gdyż Siostra Coquina zbliża się do niego ze swoimi odsłoniętymi kłami gotowa do uczty!
Kontynuacja poszukiwań człowieka w czerni przez ostatniego rewolwerowca w momencie jego niemal pewnej śmierci.

Informacje

  • okładka: Luke Ross, Richard Isanove
  • Ilustracje: Luke Ross, Richard Isanove
  • scenariusz: Peter David, Robin Furth
  • liczba stron: 32
  • data wydania: marzec 2011

Dodatki

  • druga część opowiadania Robin Furth
  • szkicowana wersja okładki

 

Plansze

Recenzja

Omawianie przedostatniego zeszytu serii „Little Sisters of Eluria” wypada zacząć od okładki, gdyż jest ona dość charakterystyczna. Pierwsze wrażenie zrobiła na mnie raczej negatywne – surowa, z pozoru niedokończona, przedstawiająca wyciętego potworka na białym, niekompletnym tle. Dopiero po krótkim obcowaniu z komiksem stwierdziłem, że okładka w pewnym sensie… hipnotyzuje. Ta surowość sprawia, że podkreślony został kontrast między szpitalną bielą szat, a potwornością skrytą w ich wnętrzu. Muszę przyznać, że ostatecznie więcej czasu poświęciłem na oglądanie okładki niż na lekturę całego wnętrza.

Sama zawartość komiksu… dla mnie jest idealnym przykładem na to, że „Siostrzyczki z Elurii” nie są dobrym materiałem wyjściowym na tak długą historię w obrazkach. Komiks jest za bardzo rozciągnięty przez co trochę nudny i po miesiącu od lektury ja nie pamiętałem z niego prawie nic. Jak dla mnie rozdziały tej serii zlewają się w jeden twór i tak jak potrafię podać wiele charakterystycznych scen z konkretnych komiksów sprzed kilku lat, tak obecna seria jest jednym zlepkiem, który mogę co najwyżej podzielić na bloki miasto-szpital-miasto-szpital, odpowiadające kolejnym zeszytom.

Tradycyjnie mógłbym napisać, że rysunki są świetne… ale co z tego skoro od kilku miesięcy dostajemy w zasadzie trzy różne sceny przedstawione pod różnymi kątami. Zeszyt narysowany jest bardzo dobrze, ale tak naprawdę jedyne co serwują nam twórcy to kombinacje szpital-Roland-Siostrzyczki, ze zmiennym naciskiem na Rolanda i Siostrzyczki.

Na plus trzeba zaliczyć, że twórcy naprawdę zrobili co mogli by całą serię zróżnicować w granicach możliwości i poszczególne zeszyty przeplatają się tak, że ani razu nie dostajemy pod rząd dwóch części z tym samym głównym miejscem akcji, co nie zmienia faktu, że dla mnie zeszyt #2 od #4 wizualnie nie odróżnia się niczym i nawet na świeżo po lekturze ciężko jest mi wskazać jakieś cechy charakterystyczne tych dwóch odsłon. Liczę natomiast, że zamykający zeszyt wprowadzi coś nowego do tej serii i możę sprawi, że na całość spojrzę nieco lepiej. Póki co zwyczajnie męczy mnie czekanie miesiąc na kolejny zeszyt, w którym bohater niemalże od początku serii jest przykuty do łóżka, a głównym miejscem akcji jest namiot. Tego najzwyczajniej nie da się przedstawić w tak długim komiksie w ciekawy sposób.

O dodatkach wypada jedynie wspomnieć, że prezentują stały poziom do jakiego przyzwyczaili nas twórcy na tym etapie serii. W komiksie czeka na nas druga część opowiadania Robin Furth pt. ‚The Dark Bells’ oraz szkicowana wersja okładki, która także robi niezłe wrażenie.

I na koniec wypada jeszcze wyraźnie napisać: choć wydźwięk tej recenzji może być bardzo negatywny to ‚Siostrzyczki z Elurii’ są w zasadzie pod każdym względem komiksem poprawnym. Zawierają świetne ilustracje, a scenariusz jest zróżnicowany nawet bardziej niż pozwalał na to materiał wyjściowy. Powyższe marudzenie to moja subiektywna opinia. Uważam, że komiks powinien być skrócony przynajmniej do czterech, a może nawet trzech zeszytów, a wydanie albumowe uzupełnione jakąś mikroskopijną 2-zeszytową historią lub dwoma one-shotami. Może gdybym przeczytał całość na raz to inaczej odebrałbym tę opowieść, ale prawie półroczna przygoda i comiesięczne śledzenie kolejnych rozdziałów, zwyczajnie mnie zmęczyło. Gdyby to nocny pisał tę recenzję to zamiast bloku tekstu pełnego marudzenia byłaby pieśń pochwalna i końcowe 10/10. Najlepiej zrobicie jeśli sami przekonacie się co ma Wam do zaoferowania ten rozdział komiksowej ‚Mrocznej Wieży’.

Autor: Mando
Data: 20.07.2011