Opowieści makabryczne

Opis

„Opowieści makabryczne”, jedyny oryginalny komiks Stephena Kinga, który po raz pierwszy ukazuje się w polskim przekładzie, to smakowity kąsek dla wszystkich miłośników czarnego humoru i komiksowej stylistyki z lat 50. Rozchichotany potępieńczo Upiór przedstawia pięć historyjek, jedną bardziej koszmarną od drugiej: mamy tu i familijną opowieść z zombie w roli głównej, i człowieka-roślinę, i tajemniczą skrzynię zamieszkaną przez krwiożerczego potwora. Dowiemy się też, czym może skończyć się zemsta na niewiernej małżonce oraz nadmierna dbałość o higienę.

Komiks wydany po raz pierwszy w roku 1982 stał się kanwą filmu w reżyserii George’a A. Romero (1982). Na podstawie scenariusza Stephena Kinga powstał też sequel, „Creepshow 2”.

Informacje

  • okładka: Jack Kamen
  • ilustracje: Berni Wrightson, Michele Wrightson
  • scenariusz: Stephen King
  • liczba stron: 64
  • data wydania zbiorczego (US): 1982
  • data wydania zbiorczego (PL): 2008
  • wydawca oryginalny: Plume
  • wydawca polski: Prószyński i S-ka
  • tłumaczenie: Paulina Braiter

Spis treści:

  • „Dzień ojca”
  • „Samotna śmierć Jordy’ego Verrilla”
  • „Skrzynia”
  • „Jak pozostać na fali”
  • „Lubią się podkradać”

 

Plansze

Recenzje

HA, HA, HA! Witajcie moje dzieciaczki. Tym razem spotykamy się przy okazji recenzji komiksu „Opowieści Makabryczne”, tekstu który ośmiela się odpowiedzieć na odwieczne pytanie „Czy warto kupić?”. Jako, że goszczę w Waszym kraju po raz pierwszy, to pozwólcie, że się przedstawię. Jestem Upiór, Wasz ukochany HI, HI, martwy przewodnik. Na pewno wielu z Was pamięta mojego młodszego kuzyna, Strażnika Krypty, który przedstawiał Wam na ekranie telewizorów historie zaczerpnięte od naszych rozkładających się przodków, występujących w latach 50tych na łamach paru magazynów wydawnictwa EC. Trzeba przyznać, że miały one swój strrraszny urok. Dzieciaki je wręcz uwielbiały (co pewnie doprowadziło paru ich rodziców prosto do głębokiej dziury zwanej grobem HI, HI).

Ja zostałem dopiero stworzony w 1982 roku. Miałem dwóch tatusiów (nic dziwnego, że w Waszym kraju tak długo nie chcieli mnie wydać HI, HI), którzy postarali się by wszystko wyglądało tak jak w Złotej Erze naszych opowieści. Nawet okładka do mojego komiksu została stworzona przez Jacka Kamena, wieloletniego ilustratora komiksów EC. Wewnątrz mnie znajdziecie pięć historii, które dostarczą Wam ciarek na plecach i uśmiechu na twarzy. Przeczytacie o prawdziwej zemście zza grobu (trupy od czasu do czasu też mogą zgłodnieć i mają wtedy ochotę na przykład na specyficzny tort HI, HI). Opowiem Wam również o pewnym wiejskim głupku, który będzie miał uzasadnione podstawy by nie lubić ‚grać w zielone’ HI, HI. Przedstawię Wam również dwie historie o dwóch różnych małżeństwach. Każda ma inne problemy, ale łączy je jedno. Coś, co ja już mam za sobą – śmierć HI, HI. Na koniec pozostaje jeszcze wspomnieć o pewnym starszym panu, który nie znosi karaluchów (ale w ostateczności i tak będzie im musiał oddać swe serce HI, HI).

Za ich treść odpowiedzialny jest nie kto inny jak sam Stephen King. Można powiedzieć, że jest to jedyna okazja by zobaczyć jak Mistrz Grozy radzi sobie ze scenariuszem do komiksu (nie będziemy przecież zajmować się paroma stronami marnych X-Menów, prawda dzieciaczki?). Papcio Steve nigdy nie ukrywał swojej fascynacji komiksami Williama M. Gainesa. Dzięki temu możemy być pewni tego, że klimat starych opowieści został należycie zachowany. Ja sam jestem tego najlepszym przykładem HI, HI.

Co się tyczy mojego drugiego twórcy to jest nim Berni Wrightson. Ich współpracę można już było podziwiać przy okazji wielu innych prac Mistrza. Wy, drogie dzieciaczki, mogliście chociażby oglądać jego ilustracje w książce „Rok Wilkołaka”. Plansze w moich Opowieściach są wykonane jak najbardziej przyzwoicie. Mogę nawet z czystym sumieniem powiedzieć, że przebijam pod tym względem moich starszych poprzedników. Na dodatek, jeżeli dobrze przyjrzycie się postaciom, to zauważycie nawet pewne ich podobieństwo do takich sław kina jak Ed Harris, Leslie Nielsen, czy Adrienne Barbeau. A to z tego powodu, że równocześnie z komiksem został nakręcony, pewnie wszystkim bardzo dobrze znany, film pod tytułem „Creepshow” w reżyserii samego George’a A. Romero! Obraz ten należy bez wątpienia do klasyki horroru.

Czy warto więc mnie kupić? Wiem, że jestem dosyć specyficznym produktem (tym bardziej na polskim rynku, gdzie komiksy nie cieszą się dużą popularnością. Tu należą się słowa podziękowania dla wydawnictwa Prószyński i S-ka za ten odważny ruch jaki wykonało), ale na pewno pamiętacie chwile spędzone przed telewizorem w czasie emisji „Opowieści z Krypty” (albo przy oglądaniu mojego filmowego odpowiednika). Jeżeli uważacie, że nie był to czas stracony i z pewnym sentymentem wspominacie te czasy, wtedy bez zastanowienia biegnijcie do księgarni mnie nabyć. Pamiętajcie, że moi przodkowie z wydawnictwa EC zapewne nigdy nie pojawią się w Waszym kraju, tak więc jestem jedyną możliwością zapoznania się z fenomenem obrazkowych opowieści grozy. Innym powodem do zakupu może stać się zamiłowanie do twórczości papcia Steve’a. W tym momencie chyba nie trzeba bardziej zachęcać. Jego fani powinni być HI, HI, w siódmym piekle, że w końcu mogą się ze mną zapoznać.

Wiem, że nie jestem pozbawiony wad (tak samo zresztą jak jednego oka HI, HI), że mogę wydać się w paru miejscach zbyt prosty, a moje poczucie humoru może trafić tylko do młodych czytelników, ale w końcu to tak miało być! Patrząc na to z odpowiedniej strony, moje dzieciaczki, ocena jaką sobie przyznaję, nie jest wcale przesadzona. Ale jako, że uwielbiam zarówno „Opowieści z Krypty” jak i twórczość Stephena Kinga gorszej oceny sobie wystawić nie mogę!

Autor: ingo
Data: 06.03.2008


 

„… komiksowe horrory z lat pięćdziesiątych nadal stanowią dla mnie idealny przykład lektury budzącej strach, czyli uczucie leżące u podstaw grozy, nieco mniej subtelne, ponieważ jego źródłem nie jest wyłącznie umysł. Strach wiąże się też z reakcją fizyczną, ponieważ horror pokazuje nam zazwyczaj coś, co w sensie fizycznym budzi w nas lęk.”

Tymi słowami, na początku lat osiemdziesiątych, Stephen King opisywał komiksowe serie horrorów, które wywarły ogromny wpływ na niektóre jego dzieła. Autor fascynował się nimi w dzieciństwie i pozostało mu to chyba po dziś dzień gdyż nawet, mając na karku prawie sześćdziesiąt lat, we wstępie do jednej z najnowszych książek (chodzi tu o ilustrowaną wersję powieści ‚Miasteczko Salem’) poświęca im bardzo wiele miejsca i wypowiada się o nich z należytym szacunkiem. Niestety żadna z serii komiksowych wspominanych przez Kinga (‚The Haunt of Fear’, ‚Tales from the Crypt’ czy ‚The Valut of Horror’) nie została wydana w naszym kraju, dlatego też, możemy jedynie uwierzyć mu na słowo, że były to naprawdę wyśmienite lektury.

‚Creepshow’ jest czymś w rodzaju hołdu złożonego komiksom grozy Williama M. Gainesa, którymi King fascynował się w dzieciństwie. Okładka, która nawiasem mówiąc wykonana jest rewelacyjnie, stworzona została przez Jacka Kamena autora grafik zdobiących okładki wielu komiksów z lat pięćdziesiątych, zaś cała koncepcja ‚Creepshow’ jest żywcem zaczerpnięta z tychże komiksów. Wszystkie historyjki rozpoczyna i kończy opiekun krypty, przewodnik i narrator, w tym przypadku znany jako Creep, który za każdym razem podsumowuje opowieść na swój własny sposób, racząc nas dodatkowo (używając słów Kinga) „nieśmiertelnym chichotem E.C.”.

Co się tyczy samych ilustracji to Berni Wrightson był zawsze numerem dwa na mojej prywatnej liście artystów ilustrujących książki Kinga. Co oznacza, że moim skromnym zdaniem jest to niesamowity artysta. Jestem wielkim fanem Michaela Whelana, ale przyznać muszę, że Wrightson, przy każdej książce Kinga, nad którą pracował, spisał się na medal. Poza tym biorąc pod uwagę wszystkich rysowników, którzy do tej pory ilustrowali teksty Stephena Kinga, tylko on pasuje idealnie do klimatu niezbędnego w takich opowieściach.

‚Creepshow’ jest tak naprawdę pozycją przeznaczoną dla wąskiego grona odbiorców. Jako, że jest to opowieść obrazkowa nie znajdziemy tutaj ani obszernych opisów, ani rysów psychologicznych postaci, do których King przyzwyczaił nas w swoich powieściach i, które tak naprawdę są jego największym atutem. Nie znajdziemy tutaj także niczego nowego. ‚Creepshow’ jest pozycją z 1982 roku inspirowaną zeszytami wydawanymi trzydzieści lat wcześniej. Dla czytelnika z początku XXI wieku jest to już tylko i wyłącznie ciekawostka, która niczym konkretnym nie potrafi nas zaskoczyć. Co więcej, jest to komiks przeznaczony raczej dla mało wymagającego czytelnika. Ludzie dopatrujący się w lekturze jakiejś większej głębi absolutnie nie mają tutaj czego szukać. Sam King charakteryzując przykładową historię zamieszczaną w komiksach grozy, pisał: „opowieści tej brakuje jakiejkolwiek prawdziwej logiki, motywacji czy też formowania się charakterów, […] sama historia służy jedynie do tego, by doprowadzić nas do zakończenia, do ostatnich trzech plansz komiksu”.

Mimo to na świecie nadal istnieje spora grupa ludzi, którym żadna z wyżej wymienionych wad nie przeszkadza w czerpaniu przyjemności z lektury. Grupa ludzi kochająca klimat ‚Opowieści z krypty’ i uwielbiająca historyjki z dreszczykiem, które mimo swego braku logiki, przykuwają widza do ekranu, a czytelnika do kartek komiksu lub książki. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że również należę go tego grona dlatego komiks ‚Creepshow’ był dla mnie niesamowitą i niezapomnianą lekturą. Pięć historii, które Stephen King opowiedział nam ustami opiekuna krypty, stanowiło wspaniałą zabawę i doskonałą rozrywkę. Bawiłem się wyśmienicie odwiedzając, wraz z ciotką Belindą, grób ojca, który cały czas czeka na swój obiecany tort. Miałem niezły ubaw śledząc losy wioskowego głupka Jordy’ego Verrila, który toczy walkę z porastającą wszystko trawą. Z nieukrywaną ciekawością obserwowałem zmagania grupki naukowców z zawartością tajemniczej skrzyni znalezionej pod schodami uniwersytetu. Doskonale bawiłem się poznając plan zemsty przygotowany przez zazdrosnego męża, a następnie obserwując ripostę kapeńkę rozkładających się już kochanków. I wreszcie drapałem się po całym ciele nerwowo rozglądając się na boki, towarzysząc Upsonowi Prattowi w jego samotnej walce z armią karaluchów.

Autor: Mando
Data: 07.10.2006