Świat według Kinga – Fantastyka 1988

W dniach 18-20 marca 1988 roku w Szczecinie odbyło się seminarium literacko-filmowe „ŚWIATY STEPHENA KINGA”, zorganizowane przez Klub Miłośników Fantastyki „KWANT” i Centrum Kultury Młodzieżowej „SŁOWIANIN”. Organizatorzy pokazali większość filmów zrealizowanych według prozy Kinga, dostarczyli też uczestnikom kompletny i fachowo opracowany (przez Krzysztofa Sokołowskiego) zestaw materiałów informacyjnych. W spotkaniach uczestniczyli m.in. polscy wydawcy Kinga (Mirosław Kowalski – Iskry) oraz jego tłumacze (Danuta Górska i K. Sokołowski). Na zakończenie seminarium, podczas trwającej trzy godziny nocnej dyskusji, prowadzonej przez M. Parowskiego i K. Sokołowskiego, uczestnicy imprezy spróbowali się uporać z zadziwiającym zjawiskiem popularności pisarza oraz zrekonstruować jego filozofię. W publikowanym niżej skróconym zapisie dyskusji prezentujemy przebieg i atmosferę spotkania.

 

Maciej Parowski: Proszę państwa, mamy do czynienia ze swoistym fenomenem, z autorem, którego dorobek prozatorski jest niemal natychmiast i prawie w całości adaptowany przez kino. Również przez reżyserów dużego formatu, a w przypadku Kubricka nawet wybitnych. Wypadałoby spróbować odpowiedzieć na pytanie – co w Kingu skusiło i kusi filmowców ? To znaczy, czy kino bierze Kinga z całym dobrodziejstwem inwentarza, czy też rezygnuje z wielu rzeczy, wybierając z jego prozy jakiś ważny motyw. Jaki motyw ? Następnie należałoby chyba zapytać o epokę, o klimat kulturowy i obyczajowy, o stan świadomości czasu, w którym to wszystko ma miejsce… Porównując to, co mówią nam o Kingu tłumacze z tym, co oglądamy na ekranie, mam wrażenie, że King w procesie filmowej adaptacji jest z czegoś otrząsany; kiedy on sam staje za kamerą, co widać w bardzo złym filmie „Maximum Overdrive”, to rozrzuca po ekranie wiele rzeczy z punktu widzenia kina tandetnych i nieważnych, które już nie to, że nie mogą bawić rasowych filmowców, ale nie bawią również nas… Natomiast zastanawiając się nad tym co niosą i jak są zbudowane najlepsze filmy według Kinga takie jak „Shining”, „Carrie”, „The Dead Zone”, „Christine”, czy opublikowana w „Fantastyce” nowela „Ballada o celnym strzale” – można chyba odpowiedzieć na pytanie, co King dał kinu ? Dał mu mianowicie możliwość odnowienia horroru. King wyprowadził horror ze staroświeckiej gotyckiej rekwizytorni, z tej przestrzeni, w której poruszają się wampiry, wilkołaki czy białe damy i wprowadził go w nasz świat, w którym są telefony, samochody, super hotele, śniegołazy, radiostacje, elektryczne maszyny do pisania, nieznośni uczniowie, zaborczy politycy. I w tym świecie, odkrytym przez siebie dla horroru, King wygrywa pewien efekt, który po namyśle pozwoliłem sobie nazwać suspensem psychologicznym, suspensem metafizycznym. Suspens klasyczny – wiemy to od Hitchcocka – polegał na tym, że kiedy na przykład my tu siedzimy z Sokołowskim przy stole, a pod stołem tyka bomba zegarowa, o której państwo wiecie, to żebyśmy nie wiem jak niemądre rzeczy wygadywali, nabiorą one paradoksalnego znaczenia, bo nakładają się na państwa strach, na oczekiwanie kiedy bomba strzeli. Gdybyśmy o niej nie wiedzieli, gdyby wybuchła ona znienacka – mielibyście państwo po prostu niemądrą rozmowę, a potem zaskoczenie, krótki szok. Ale gdy wiecie – jest już dramatyczne zawieszenie, a więc, suspens. I Kingowski suspens metafizyczny polega według mnie na tym, że on tę tykającą bombę przenosi do… głowy bohatera. Cały czas czekamy kiedy nastąpi psychologiczna eksplozja pisarza w „Lśnieniu” (i w „Balladzie o celnym strzale”), kiedy oszaleje Carrie, co zrobi jasnowidz w „The Dead Zone”, jak skończy się niebezpieczna samochodowa obsesja chłopaka w „Christine”… Kino współczesne potrzebowało chyba kogoś takiego jak King, kto by mu zaproponował ten suspens nowego rodzaju, nie dotyczący zdarzeń głównie fizykalnych, jak u Hitchcocka. W dodatku, mając tę bombę zegarową w głowie bohatera (przy całej swojej obsesji szaleństwa, ciemnych mocy zagrażających nam w nas samych i ze strony otaczającej nas cywilizacji) King mówi przy okazji i wcale niegłupio wiele interesujących rzeczy o współczesnej Ameryce. O politykach, o szkolnym piekiełku, o roli samochodu w życiu młodzieży, o małomiasteczkowym przeciekaniu życia przez palce. Przy czym King, mam wrażenie, dokleja tę rodzajowość do swych suspensowych fabuł, dokleja ją w tym sensie, że pamiętamy ją bodaj najkrócej. Po tygodniu, po miesiącu od obejrzenia filmu czy lektury najważniejszy staje się jednak ten główny motyw. Wszystko to zaproponował King kinu i publiczności w momencie narastania antyscjentystycznej, antynaukowej rewolty, w momencie znużenia techniką i ożywania tęsknot metafizycznych, w momencie, w którym przypominamy sobie o drzemiących w każdym człowieku mocach ducha, przytłumionych przez cywilizację. Kolejna sprawa to stosunek filmów według Kinga do fantastyki. Zaproponował on kinu nowoczesny rodzaj fantastyki, bo nie polegający na mnożeniu efektów, rekwizytów i budowaniu kosztownych fantastycznych planów, lecz na szczególnej umowie między widzem a twórcą. King wymyślił (czy może kino wzięło od niego?) taką fantastyczną grozę, która ukrywa się pod codzienną maską rzeczywistości; niby o niej wiemy, drżymy przed nią, ale jej nie widzimy. Jest to z punktu widzenia kina ciekawsze i na pewno tańsze. Stary Irzykowski tak o tym mówił w „X Muzie”: Gdyby kino miało się stać wehikułem modnej pseudowiary w gusła, duchy i czarownice, byłaby to pobudka wprawdzie intelektualna lecz nieinteligentna (…) Fantastyka bardzo często rozmija się z fantazją, fantazja zaś to nie niesamowitość czy nadzwyczajność lecz wprawianie w ruch pewnych władz duszy… Mam wrażenie, że w najlepszych rzeczach Kinga, albo według Kinga, autorzy wprawiają właśnie w ruch władze naszej duszy. Ów metafizyczny suspens, amerykańska rodzajowość, oszczędna fantastyka nie posługująca się rekwizytem, wyartykułowanie w ciekawy sposób duchowych niepokojów towarzyszących cywilizacyjnemu rozwojowi – oto zalety Kinga. Jeśli nawet nie wystarczą one, by mówić o nim jako geniuszu, to na pewno jako o człowieku, który ma znamiona genialności bowiem wyraził a częściowo też ukształtował klimat swego czasu. Myślę, że King zasłużył na miano Poego schyłku XX wieku. Poprzednio spełniał tę rolę… chyba Lovecraft? To tyle na początek.

Krzysztof Sokołowski: Boję się żebyśmy nie zacałowali Kinga na śmierć. Jesteśmy tu od paru dni w specyficznej sytuacji, oglądamy filmy tylko według jego prozy, King przesłonił nam świat. Czy może odwrotnie – mamy wrażenie, że jednym odważnym kopniakiem King wywalił zamknięte wrota prowadząc do długo ukrywanej tajemnicy. Teraz dzięki niemu czytamy tę nową Biblię XX wieku, nareszcie rozumiemy genezę i cel naszego świata, jeszcze chwila i poznamy jedno magiczne słowo, które definitywnie zmieni rzeczywistość. Ponieważ sam mam po obejrzeniu parunastu filmów według Kinga mieszane uczucia, proponuję odnieść się do niego bardziej krytycznie, bo to może wyjść tylko na dobre. Dyskusja mogłaby rzeczywiście dotyczyć stosunku między Kingiem a przemysłem filmowym. Otóż tylko cztery z filmów, które obejrzeliśmy, odpowiadają według mnie kategorii filmu dobrego: „Shining”, „Christine”, „Carrie”, „The Dead Zone” – przy czym na przykład film „Carrie” zaczyna mi się z upływem czasu wydawać znacznie lepszy niż książka, która była tu przed państwem zacałowywana przez piękne zresztą usta Danusi Górskiej. Czemu te filmy można uznać za wybitne ? Mając tę zupełnie przypadkową przewagę nad Maćkiem, że znam całą prozatorską twórczość Kinga, odnoszę wrażenie, że reżyserzy zrobili mu ogromną przysługę, czyszcząc jego książki z tego, co po obejrzeniu filmów wydaje się zbędne. Oczywiście, jego książki znakomicie się czytają, pisane są obrazowo, wszystko się rusza, zmienia, akcja wygląda tam tak jakbyśmy oglądali film. Ale jeśli z powodów, na przykład językowych, zaczyna się czytać Kinga trochę wolniej, to ta proza przestaje się tak szaleńczo podobać. Jedną z wad twórczości Kinga, którą kino obnażyło w sposób bezlitosny, jest redundancja, nadmiarowość jego książek. Mówią o wszystkim i przez to jakby przestają mówić dobrze o czymkolwiek. Oczywiście, jest w nich widoczny znakomity instynkt pisarski, niezłe wyczucie rytmu życia, jest gotowość do rejestrowania tego codziennego brudu językowego (w pozytywnym znaczeniu), o czym dwa dni temu mówiła Danusia. Ale jest też nachalna próba zaapelowania do masowej widowni, która łaknie fantastyczności, nie zastanawiając się nad jakością tego co łyka. King próbuje uwodzić także intelektualistów, w związku z czym daje cytaty i motta z klasyki, bohaterowie zaczynają mu rozmawiać dialogami z Szekspira, Poe też się oczywiście pojawia. I to się potem sprzedaje w okładkach, na których mamy zakrwawioną twarz, albo rękę wyłaniającą się z ziemi, żeby nie było wątpliwości, że jest to horror. A jak to się czyta, wiadomo – czytelnik idzie za głównym wątkiem pomijając resztę, jak my opisy przyrody w „Panu Tadeuszu”. Nie jest przecież żadnym sekretem, że swoje powodzenie King w znacznie mniejszym stopniu zawdzięcza sukcesowi komercyjnemu powieści „Carrie”, a w znacznym większym temu, że Brian de Palma zrobił z niej głośny film. Reżyser musiał z książki wykreślić bardzo dużo, a u Kinga to skreślanie idzie zadziwiająco łatwo. Czyli, tak jak intuicyjnie powiedział Maciek, Palma otrząsał książkę z niepotrzebnych wątków jak z kurzu. Wszyscy reżyserzy muszą tak robić. Mam wrażenie, że u Kinga więcej niż połowa to właśnie ten kurz, dopiero reszta daje się przerobić na film. Cóż jest tą resztą? Reżyserzy, jak widzę, starają się nie rezygnować przede wszystkim z tego co wygląda u Kinga na rejestrację realiów współczesnej Ameryki, bo wychodzą z założenia, że to co jest znane, będzie najchętniej oglądane. W związku z tym biorą na przykład prezydencką kampanię wyborczą z „The Dead Zone” pokazaną przez pisarza tak karykaturalnie, że to się stało groteską i politycznym kabaretem, który… jak mi tu Maciej podpowiada, musiał się spodobać Rosjanom. Fakt, w ZSRR przetłumaczono tę książkę. Albo bierze King na warsztat mit samochodu, co może wyraźniej nawet niż w „Christine” widać w jego autorskim filmie „Maximum Overdrive”, gdzie niszczy dziesiątki maszyn, ludzie giną jak muchy, flaki po prostu wylatują na kamerę. Możemy intelektualizować, udawać, że to esej społeczny, ale jest to naprawdę ładny, chwilami obrzydliwy, misz masz. Tombak po prostu. Toteż myślę, że sprawy swoistego fałszerstwa intelektualnego, jakiego dopuszcza się King w swoim dziele nie wolno nam tutaj pomijać.

Dyskutant I: Czytam „Fantastykę” od pierwszego numeru, czytam 90% tych książek fantastycznych, które ukazują się na naszym rynku i do momentu ukazania się „Fantastyki” (1/1988), gdzie była „Ballada o celnym strzale” oraz dwa eseje, nie spotkałem się z nazw